SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 8/10
Komu polecam?
Zmęczonym szarością dnia. Spójrzcie- mogło być gorzej- nie musicie wystawiać szkolnego przedstawienia!
No i po raz kolejny odwiedziłam Och teatr, i
po raz kolejny się za ochowałam. Zastanawiam się, na jakiej zasadzie oni
zatrudniają aktorów, bo poza teatrem montownia który na stałe z
ochem/polonią współpracuje, znów same nowe twarze. No ale nic to, chodzi
o spektakl.
Znajdujemy się na sali, gdzie za chwilę
ma zostać wystawione przedstawienie przez grono pedagogiczne oraz
uczniów Politechniki (myślę, że Warszawskiej). Poznajemy różnych
profesorów i panie z dziekanatu. Już na samym początku okazuje się, że
drzwi, które są na jednym z ważniejszych elementów scenografii nie
otwierają się prawidłowo i mimo naprawy trzeba sobie radzić bez nich.
Gdy drzwi miały swój udział w scenie aktorzy- amatorzy pukali w nie, po
czym przechodzili na około scenografii, czekali na słowo "proszę" i
udawali, że przechodzę przez drzwi. Wystawiony spektakl zaczyna się dość
dramatycznie, ponieważ widzimy scenę śmierci jednego z bohaterów. Skąd
wiemy, że to scena dramatyczna? Aby było to oczywiste dla wszystkich
zostały zastosowane wszystkie formy przekazu, i w momencie gdy padało
jakieś zakakująco-odkrywcze zdanie światła z reflektorów zmieniały swoją
ciepłą barwę oświetlenia na krwawy czerwony. Gdyby ktoś w połączeniu
słów i świateł się jeszcze nie zorientował w powadze sytuacji, akustyk
dokładał jeszcze do tego dźwięk akustyczny, by na wszelki wypadek komuś
ten szczegół nie umknął. Zdarzało się to oczywiście częściej niż
powinno, momentami nie w tych momentach co trzeba, lub się nie pojawiały
ku zdziwieniu aktorów i uciesze publiczności.
Umierająca
postać- amator nie była w stanie spokojnie leżeć (ponoć trupów gra się
najtrudniej i mamy tu potwierdzenie). Niestety, pan profesor miał katar i
raz na jakiś czas kichał. Czasem się podrapał. No niestety, widocznie
politechnika nie za sponsorowała pełnego zestawu warsztatów aktorskich.
Na szczęście zawsze można liczyć na panią z dziekanatu, która mimo akcji
potrafiła zupełnie niepostrzeżenie podrzucić chusteczkę i tylko wprawne
oko widza potrafiło to dostrzec.
Na śledztwo w/s
morderstwa przyjeżdża detektyw w bardzo śnieżną pogodę- wiemy to
oczywiście dzięki pani z dziekanatu która posypywała scenę i odrobinę
publiczności sztucznym śniegiem.
Detektyw chcąc wejść do
pokoju denata, który znajduje się na piętrze przypadkowo niszczy
scenografię, która dosłownie się zawala. Schody prowadzące na górę
jednak zostają nie naruszone, więc pracownikowi nic się nie dzieje i
postanawia dalej prowadzić śledztwo. Ma utrudnioną sprawę, ponieważ musi
wejść schodami na górę do jego pracowni, po czym zeskoczyć ( później
przystawia sobie drabinę) na dół, do pokoju którego szukał. Wygląda to
przezabawnie, kiedy on tak lata góra-dół udając, że nic się nie stało i
scenografia sprawuje się bez zarzutów. W kolejnych scenach schody też
się psują- składają się tworząc zjeżdżalnie.
W trakcie
prowadzenia śledztwa ktoś przypadkowo zabiera ze sceny klucze (chyba one
były pierwsze..). Okazuje się, że to kluczowy rekwizyt. Poniewaz nie
mamy odczynienia z profesjonalnymi aktorami, tylko osobami o grze
aktorskiej na poziomie góra starszaków w przedszkolu, scena się sypie.
Każdy kurczowo się trzyma swojej kwestii. W końcu pada zdanie "wezmę te
klucze i idę po kogośtam"- okazuje się, że kluczy nie ma. Bierze zatem
długopis należący do detektywa. Kolejna osoba przychodzi po długopis-
zabiera notatnik. Detektyw przychodząc po notatnik nie zauważa go,
bierze więc wazon i to na nim później spisuje zeznania świadków.
Młoda
doktorantka w zeznaniach myli kwestie- odpowiada na pytania, które nie
zdążyło paść i padało jako następne po uzyskanej już wcześniej
odpowiedzi. Aktorka traci przytomność i zastępuje ją pani z
dziekanatu.Tekstu nie zna, ale marzyła o tej roli. Zakłada niedopinającą
się sukienkę na siebie (swoją drogą baaardzo mi się podobała ta
sukienka..) i z kartkami scenariusza odgrywa rolę.
W
pewnym momencie kwestie się zapętlają i dochodzi do ponownego
wypowiadania kwestii. Aktorzy przy trzecim powtórzeniu orientują się, że
coś nie gra i mówiąc po woli i wyraźnie kwestię próbują znaleźć
błąd,który nie pozwala im przejść dalej. Kiedy już mamy nadzieję, że
wreszcie pójdzie dalej, powtarzają wszystko znowu.
W
początkowej scenie została rozdana whisky (czy jakiś inny trunek),
niestety to jest teatr, więc nie była prawdziwa. Zastąpił ją z godnością
płyn do mycia naczyń w niebieskim kolorze. Część aktorów się
zorientowała i udała że pije, inni zaangażowani w grę aktorską nie
zwrócili na to uwagi. I tu ponownie czuwała pani z dziekanatu, która
dzielnie podbiegała z wiaderkiem.
Doktorantka czuje
się już lepiej i mimo braku sukienki wychodzi na scenę by kontynuować
kreację swojej postaci. Pani z dziekanatu nie jest zbyt zadowolona i w
ramach buntu wpada w histerię i zdradza publiczności zakończenie
spektaklu, wyjawia że profesor, który grał trupa jest teraz inną
postacią (oczywiście nikt z publiczności by tego nie wiedział).
Oczywiście
w spektaklu nie obyło się bez pomyłek tekstu, czytania kwestii z ręki
czy stania i panikowania bo się nie pamięta co kto miał mówić.
Scenografii prawie nie było, poza wspomnianymi schodami/zjeżdżalnią na piętro oraz piętrem które skończyło jako parter oraz sofy.
Zawsze żałuje, że na komedie nie można iść po raz drugi. Nie będzie już tych samych elementów zaskoczenia fabułą czy grą aktorską. Zwroty akcji już nie będą tak nieprzewidywalne a i samo tempo akcji na tym traci. No cóż... To chyba jedyny minus spektaklu, więc chyba nie jest źle.
Zastanawia mnie tylko czemu my zawsze mamy tłumaczenia z kosmosu. Po angielsku- tytuł nawiązujący do fabuły spektaklu: "The Play That Goes Wrong" u nas kolejny wirujący seks z tego stworzyli. WHY!!!?
Oficjalne informacje o spektaklu
Zdjęcia pochodzą ze strony teatru.
Oficjalne informacje o spektaklu
Zdjęcia pochodzą ze strony teatru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz