Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 sierpnia 2016

KASZANA ZDALNIE STEROWANA, J. Satanowski, P.Bukartyk

SPEKTAKL: 8/10
REŻYSERIA: 8/10

Komu polecam?
Wielbicielom piosenek Bukartyka, choć i osoby, które go nie rozumieją znajdą tu dla siebie wiele. Nie zapominajmy o reżyserze- kto miał z nim styczność, nie zawiedzie się.

Uwielbiam moment kiedy wracam sama samochodem- wracam przeważnie dłuższą trasą, jadę wolniej- to wszystko w towarzystwie jedynie dźwięków silnika. Tylko ja i cisza, którą zakłócają dźwięki pozostałe w mojej głowie- to dźwięki teatru, o które będę dbać, aby nie opuściły mnie do końca dzisiejszego dnia. Kładąc głowę na poduszce dalej będą mi dźwięczeć, a ja będę jeszcze szczęśliwsza. Kocham ten stan- tego szumu w uszach i żołądka przepełnionego sztuką i emocjami.

Wszystko jest takie ulotne. Wrócę do domu, zapalę światło i wszystko zniknie rozproszone przez inne bodźce.

Ale od początku. 
Spektakl na podstawie piosenek Piotra Bukartyka. Znam, lubię, bardzo często słucham. Jadąc do teatru zastanawiałam się, jakie piosenki wybiorą. Doświadczenie nabyte na spektaklach typu "oparte na piosenkach tego i tego" nauczyło mnie, że reżyserowie w głównej mierze idą na łatwiznę i wybierają szlagiery. Publiczność zna, dobrze się bawi, a recenzenci wrzucają świetne opinie. Całe szczęście Jerzy Satanowski (reżyser) nie zawiódł i właściwie nasze listy praktycznie się nie pokryły.

Jeśli chodzi o interpretację piosenek powiem szczerze- nie powalało. Aktorzy śpiewali genialnie w niektórych utworach i zaraz do tego przejdę- jednak z tej części chciałabym się wytłumaczyć. Piotr Bukartyk swoje piosenki śpiewa w swój jedyny i niepowtarzalny sposób. Ktokolwiek śpiewa jego piosenkę robi to już inaczej na tyle- że czasem nie sposób się domyślić, że to ten sam utwór. Tu mamy dokładnie do czynienia z tym samym- nie wiem, co należałoby zrobić, aby powaliło na kolana.

Dodatkowo, co w pierwszym momencie zasmuciło mnie ogromnie, zabrakło na scenie Artura Barcisia. Od tygodni czekałam, by móc go na tej scenie zobaczyć a tu taka niespodzianka...
Nie ma tego złego, ostatecznie jego rolę przejął Jan Janga Tomaszewski, którego na scenie też wielbię, więc reklamacji składać nie będę.

Słuchając kolejnych to pieśni doszłam do wniosku, że autor ma bardzo "winny" repertuar. Spokojnie z samych piosenek o winie można by utkać spektakl. No i koniecznie z Krystyną Tkacz.

Kaszana zdalnie sterowana- piosenka otwierająca spektakl. Po woli na scenie pojawia się coraz więcej aktorów dążąc do kompletu. A ja czekam. Gdzie ten, na którego czekam...Barcisia nie ma :(

Miś song- ogromne zaskoczenie. Solowe wykonanie Katarzyny Żak, za którą na scenie nie przepadałam. Tak- czas przeszły, polubiłam ją w tej interpretacji. Delikatna ale i silna. Naprawdę ładnie wykonane.

Durna miłość- do tej piosenki mam słabość. W każdej interpretacji jest genialna. Idzie ze mną przez całe dorosłe życie odkrywając coraz różniejsze interpretacje. Wzruszają mnie w niej delikatnie dobrane słowa i w tym wypadku równie delikatna interpretacja. Piękna muzyka, wspaniały timing przy refrenie- majstersztyk. Ale może to kwestia mojej durnej miłości do tego utworu

Ryby swąd- piosenkę po raz pierwszy słyszałam. Idealnie trafiona w miejsce- klimat wakacji, plaży, słońca(no.. tu słabo trafili w tym roku). Ale przeszukałam pół internetu i nigdzie nie widzę tekstu tego utworu.

Nie wierzę Wierze- super energia, która udzieliła się ciutkę publiczności. Bardzo lubię to w spektaklach Satanowskiego, który tworzy piosenki narastająco- czyli najpierw mamy dwóch aktorów i z każdą zwrotką/refrenem mamy ich coraz więcej- aż na koniec wszystko eksploduje.

Nie mówię kto- pomijając samą treść utworu, który powinien każdy wziąć sobie do serca, chciałabym się pochylić nad interpretacją Tomaszewskiego. Klasyczna symbolika- starszy pan na scenie, który sprzedaje nam jakąś mądrość. W zestawieniu z poprzednią piosenką pełną energii mamy tu totalny kontrast. Jedna osoba na scenie, bardzo statyczna- minimum ruchów. Tu nic więcej poza słowami nie trzeba. Bardzo podobało mi się to wykonanie- brawo Panowie!

Przygoda z Karłem- tak jakoś mi nie przypadło to wykonanie do gustu. Czegoś mi w niej zabrakło- wydaje mi się, że była jednak zbyt mocno przerysowana.

Odrobinka winka- z takim urokiem zaśpiewana piosenka przez Krystynę Tkacz, która podawała przepis na chandrę. Nie można opisać, trzeba usłyszeć.
 Utwór słyszałam też po raz pierwszy, skojarzyło mi się to z przepisem na ciasto podawanym przez A.Andrusa, które opierało się głównie na whisky dobrej jakości. Tu bardziej bogato- baardzo dużo składników było nam potrzebne

Wino proste- Katarzyna Żak wcieliła się  w nauczycielkę, która doskonale wyłożyła jakie powinno być wino i jak je najlepiej spożywać. Z każdą chwilą mamy coraz więcej "doradców" na scenie. 

Sznurek- wspaniała inscenizacja! Oglądałam i uśmiech nie schodził mi z twarzy. Aż zaczęłam żałować, że nie sprawdzałam, czy za moją szkołą jakieś zielsko nie rośnie- tak przyjemnie się na nich patrzyło! Jan Tomaszewski który przebiega w ostatniej zwrotce z zielskiem na sobie- genialny!!!
Jak legenda miejska głosi, piosenka ta była inspirowana wypowiedzią byłego premiera odnośnie palenia w młodości konopii.

Małgocha- czy jest na świecie ktoś, kto nie zna tego utworu? Ja znam bardzo dobrze- i ta interpretacja ścięła mnie z nóg- całe szczęście siedziałam. Dlaczego, Pani Dorota nie nagrała płyty z piosenkami Bukartyka w swojej interpretacji?! To niesamowite co ona zrobiła na tej scenie wyłącznie siedząc w czerwonej bluzie. Miałam ciarki na twarzy... Jak często Wam się to zdarza? No właśnie... to jest najlepszy wskaźnik mocy tej interpretacji.
Miała podwójnie trudne zadanie- trzeba pamiętać, że ciężko jest zatrzymać rozpędzony pociąg. Publiczność świetnie się bawiła ale po pierwszym wersie była już pogrążona w zadumie. Brawo!!!

???- Nie wiem jaki tytuł ma ten utwór, zarówno mi jaki internetowi jest póki co obcy. Na krzesłach siedzi dwóch gitarzystów, z czego jeden prawdziwy ;) Pięknie lekko zafałszowana piosenka. Pełna smutku i melancholii, co prawda, jedynie w duszy gitarzysty śpiewającego, piosenka, której największą fanką jest mamusia wykonawcy. Nawet jego gra jest dla niej najpiękniejsza.

Anonimowa żółta rączka- tu mi trochę zabrakło pomysłu.

W życiu liczy się porządek- Dorota jako wykładowca przypominający o tym,żeby kapcie odwieszać na wieszaczek z muchomorkiem- mój mistrz! 

Czuję, że umrę- Bardzo dobrze zaśpiewana piosenka przez Arkadiusza Brykalskiego. Pełna skupienia, spokoju, mimo szybkiego tempa.

Kruchy jest człowiek- zaraz po tym, jak Arkadiusz w barze padł- Krystyna Tkacz opowiada swoje barowe historie. Każde jej wejście na scenę jest tak idealnie w punkt, że aż ciężko

Taki tam grzech- Śpiewała Dorota osińska. Cisza mówi wszystko.

Serce na patyku- kiedyś myślałam o tej piosence na scenie. W mojej wizji powinno wykonywać ją dwóch mężczyzn, więc niestety, ta wersja do mnie nie przemówiła. Za to podziwiam zawsze aktorów, którzy na scenie gwiżdżą.

Na twarz- kolejna piosenka mędrca.

???- Katarzynka Żak w cekinowej sukience śpiewa piosenkę w kabaretowym stylu- naucza nas, ze moda jest lekiem na wszystko.

Piosenka o tęczy- bardzo przyjemna aranżacja piosenki- to była moja pierwsza myśl. Kolejna, ze to chyba już koniec. Artyści wszyscy na scenie, piosenka wesoła. Chyba time to say goodbye.

Pryszcz na nosie- początkowo zaśpiewana humorystycznie- w refrenie ton został zmieniony w poważniejszy i bardziej dostojny. Piękny utwór, narastający, dający do myślenia. Wspaniale wyciszająca na sam koniec. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to ona zamknęła spektakl i z tym tekstem w głowie wyszłabym z teatru

Trzeba mieć ambicję- no gdyby tej piosenki nie było- to już by zakrawało o przestępstwo- na szczęście została odłożona na finał. I bardzo fajnie- ponieważ w ramach bisu mogliśmy usłyszeć ją dwa razy. Piosenka w typie "róbmy swoje", czyli każdy po jakimś wersie od siebie podrzuci i mamy piosenkę. 
Jedno,malutkie zastrzeżenie. Fajnie by było, gdyby na bisie już wyluzowali z interpretacją. Wtedy nie odnosi się wrażenia, że po raz kolejny odtworzyliśmy tę samą piosenkę. Ale, trochę się czepiam.





Koniec. Jak to mówił, w spektaklu "Nie dorosłem do swych lat" wcześniej już wspomniany Artur Andrus- "jeśli spektakl jest werymacz, przejdzie po scenie Krystyna Tkacz. Przeszła, było wspaniale!



________________________________________
Słów kilka o teatrze. Po raz kolejny zdarzyła mi się bardzo niemiła sytuacja. Kupuję bilety ze sporym wyprzedzeniem (jak to w teatrze). Mam pierwszy rząd, sam środek- idealnie! Nie będzie mi nikt zasłaniał. Spadają też szanse na rozmowy czy jedzenie przez kogoś cukierków- jakoś w pierwszych rzędach ludzie bardziej czują, że "nie wypada". Wchodzimy na salę a tam... rząd "0"! Dostawiony tuż przed moim. Na tej samej wysokości, więc okazuje się, że każdy rząd jest lepszy niż mój, ponieważ jest spad na widowni. I siedziałam wiercąc się i wchodząc w pole widzenia moich sąsiadów, którzy mieli to szczęście, że siedziały przed nimi niższe osoby. Ja nie widziałam dosłownie nic. Musiałam czasem się więc bardziej skupić w którą lukę między ludźmi powinnam teraz zerknąć, aby dobrze widzieć. I prawdę powiedziawszy uważam, ze te miejsca powinny być sprzedawane jako gorszej kategorii

zdjęcia pochodzą z portalu: trojmiasto.pl

czwartek, 4 sierpnia 2016

PRAPREMIERA DRESZCZOWCA- Och Teatr 07/03/2015 r. Henry Lewis, Jonathan Sayer, Henry Shields

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Zmęczonym szarością dnia. Spójrzcie- mogło być gorzej- nie musicie wystawiać szkolnego przedstawienia!

No i po raz kolejny odwiedziłam Och teatr, i po raz kolejny się za ochowałam. Zastanawiam się, na jakiej zasadzie oni zatrudniają aktorów, bo poza teatrem montownia który na stałe z ochem/polonią współpracuje, znów same nowe twarze. No ale nic to, chodzi o spektakl.

Znajdujemy się na sali, gdzie za chwilę ma zostać wystawione przedstawienie przez grono pedagogiczne oraz uczniów Politechniki (myślę, że Warszawskiej). Poznajemy różnych profesorów i panie z dziekanatu. Już na samym początku okazuje się, że drzwi, które są na jednym z ważniejszych elementów scenografii nie otwierają się prawidłowo i mimo naprawy trzeba sobie radzić bez nich. Gdy drzwi miały swój udział w scenie aktorzy- amatorzy pukali w nie, po czym przechodzili na około scenografii, czekali na słowo "proszę" i udawali, że przechodzę przez drzwi. Wystawiony spektakl zaczyna się dość dramatycznie, ponieważ widzimy scenę śmierci jednego z bohaterów. Skąd wiemy, że to scena dramatyczna? Aby było to oczywiste dla wszystkich zostały zastosowane wszystkie formy przekazu, i w momencie gdy padało jakieś zakakująco-odkrywcze zdanie światła z reflektorów zmieniały swoją ciepłą barwę oświetlenia na krwawy czerwony. Gdyby ktoś w połączeniu słów i świateł się jeszcze nie zorientował w powadze sytuacji, akustyk dokładał jeszcze do tego dźwięk akustyczny, by na wszelki wypadek komuś ten szczegół nie umknął. Zdarzało się to oczywiście częściej niż powinno, momentami nie w tych momentach co trzeba, lub się nie pojawiały ku zdziwieniu aktorów i uciesze publiczności.

Umierająca postać- amator nie była w stanie spokojnie leżeć (ponoć trupów gra się najtrudniej i mamy tu potwierdzenie). Niestety, pan profesor miał katar i raz na jakiś czas kichał. Czasem się podrapał. No niestety, widocznie politechnika nie za sponsorowała pełnego zestawu warsztatów aktorskich. Na szczęście zawsze można liczyć na panią z dziekanatu, która mimo akcji potrafiła zupełnie niepostrzeżenie podrzucić chusteczkę i tylko wprawne oko widza potrafiło to dostrzec.
Na śledztwo w/s morderstwa przyjeżdża detektyw w bardzo śnieżną pogodę- wiemy to oczywiście dzięki pani z dziekanatu która posypywała scenę i odrobinę publiczności sztucznym śniegiem.
Detektyw chcąc wejść do pokoju denata, który znajduje się na piętrze przypadkowo niszczy scenografię, która dosłownie się zawala. Schody prowadzące na górę jednak zostają nie naruszone, więc pracownikowi nic się nie dzieje i postanawia dalej prowadzić śledztwo. Ma utrudnioną sprawę, ponieważ musi wejść schodami na górę do jego pracowni, po czym zeskoczyć ( później przystawia sobie drabinę) na dół, do pokoju którego szukał. Wygląda to przezabawnie, kiedy on tak lata góra-dół udając, że nic się nie stało i scenografia sprawuje się bez zarzutów. W kolejnych scenach schody też się psują- składają się tworząc zjeżdżalnie.

W trakcie prowadzenia śledztwa ktoś przypadkowo zabiera ze sceny klucze (chyba one były pierwsze..). Okazuje się, że to kluczowy rekwizyt. Poniewaz nie mamy odczynienia z profesjonalnymi aktorami, tylko osobami o grze aktorskiej na poziomie góra starszaków w przedszkolu, scena się sypie. Każdy kurczowo się trzyma swojej kwestii. W końcu pada zdanie "wezmę te klucze i idę po kogośtam"- okazuje się, że kluczy nie ma. Bierze zatem długopis należący do detektywa. Kolejna osoba przychodzi po długopis- zabiera notatnik. Detektyw przychodząc po notatnik nie zauważa go, bierze więc wazon i to na nim później spisuje zeznania świadków.
Młoda doktorantka  w zeznaniach myli kwestie- odpowiada na pytania, które nie zdążyło paść i padało jako następne po uzyskanej już wcześniej odpowiedzi. Aktorka traci przytomność i zastępuje ją pani z dziekanatu.Tekstu nie zna, ale marzyła o tej roli. Zakłada niedopinającą się sukienkę na siebie (swoją drogą baaardzo mi się podobała ta sukienka..) i z kartkami scenariusza odgrywa rolę.
W pewnym momencie  kwestie się zapętlają i dochodzi do ponownego wypowiadania kwestii. Aktorzy przy trzecim powtórzeniu orientują się, że coś nie gra i mówiąc po woli i wyraźnie kwestię próbują znaleźć błąd,który nie pozwala im przejść dalej. Kiedy już mamy nadzieję, że wreszcie pójdzie dalej, powtarzają wszystko znowu.



W początkowej scenie została rozdana whisky (czy jakiś inny trunek), niestety to jest teatr, więc nie była prawdziwa. Zastąpił ją z godnością płyn do mycia naczyń w niebieskim kolorze. Część aktorów się zorientowała i udała że pije, inni zaangażowani w grę aktorską nie zwrócili na to uwagi. I tu ponownie czuwała pani z dziekanatu, która dzielnie podbiegała z wiaderkiem.
Doktorantka czuje się już lepiej i mimo braku sukienki wychodzi na scenę by kontynuować kreację swojej postaci. Pani z dziekanatu nie jest zbyt zadowolona i w ramach buntu wpada w histerię i zdradza publiczności zakończenie spektaklu, wyjawia że profesor, który grał trupa jest teraz inną postacią (oczywiście nikt z publiczności by tego nie wiedział).

Oczywiście w spektaklu nie obyło się bez pomyłek tekstu, czytania kwestii z ręki czy stania i panikowania bo się nie pamięta co kto miał mówić.

Scenografii prawie nie było, poza wspomnianymi schodami/zjeżdżalnią na piętro oraz piętrem które skończyło jako parter oraz sofy.

Zawsze żałuje, że na komedie nie można iść po raz drugi. Nie będzie już tych samych elementów zaskoczenia fabułą czy grą aktorską. Zwroty akcji już nie będą tak nieprzewidywalne a i samo tempo akcji na tym traci. No cóż... To chyba jedyny minus spektaklu, więc chyba nie jest źle.
Zastanawia mnie tylko czemu my zawsze mamy tłumaczenia z kosmosu. Po angielsku- tytuł nawiązujący do fabuły spektaklu: "The Play That Goes Wrong" u nas kolejny wirujący seks z tego stworzyli. WHY!!!?

Oficjalne informacje o spektaklu
Zdjęcia pochodzą ze strony teatru.

SHREK, Teatr Muzyczny w Gdyni. URYWKI (2014r.)

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 11/10

Komu polecam?
Dorosłym, ewentualnie dorosłym z dziećmi. Przypomnijcie sobie czym jest piękny przyjazny świat. Bez problemów i wad.


Prawie cztery lata temu Maciej Korwin powiedział, że w naszym teatrze zostanie wystawiony Shrek. Wcale nie byłam z tego powodu szczęśliwa, zwłaszcza że oznaczało to przesunięcie premiery Złego na rzecz jakiegoś komercyjnego badziewia. No ale Broadway zaproponował- grzech odmówić wiec trzeba było podnieść rękawicę i zapoznać się librettem, zanim zacznie się narzekać- lub żeby chociaż zebrać argumenty na nie. I tak też słuchałam w tramwaju warszawskim ścieżki dźwiękowej- która w momencie uwertury mnie wciągnęła jak w jakiś magiczny świat. Część piosenek przeskakiwałam, za to niektóre odtwarzałam w kółko. Okazało się, że Shreka i Warszawę da się lubić. 

Zastanawiam się ile razy widziałam Shreka.. Zastanawiałam się nad tym długo i nie wiem czy ta ilość jest liczona w  rzędzie jednostek czy dziesiątek. Pewne jest to, że potrzebowałam trzech lat, żeby ten spektakl pokochać. Zobaczyć szczegóły, których nie dostrzegałam- docenić grę aktorską a przede wszystkim zmiany, które poprzez ewolucję spektaklu powstały. Zauważyłam też, że w końcu nie mam problemu z tym, że spektakl jest śpiewany po polsku, co niestety wcześniej mnie irytowało z racji znajomości angielskiej wersji. Może dzięki temu właśnie zobaczyłam jak dobrze bawią się tu słowami?
Ale od początku...

Big Bright Beautiful World
Uwielbiam moment kiedy kończy się uwertura, zaczynają ruszać się drzewa w takt muzyki a światła przy tym świetnie współgrają. Ale zawsze ogromnym szokiem, wcale nie pozytywnym, jest moment pojawienia się małego Shreka wraz z rodzicami. Wiem jesteśmy w teatrze, ale sa bardzo sztucznie zrobieni i to wytrąca mnie chwilowo z bajkowego świata. Na szczęście mały Shrek i rodzice nie stoją na scenie wiecznie, więc szybko pojawia się ten SHREK.

 Tym razem miałam okazję zobaczyć w jego roli Łukasza Dziedzica- i mam nadzieję, że już do końca wystawiania tego tytułu własnie jego będę na tym spektaklu widywać odgrywającego te postać./ BARDZO się cieszę że Dziad ma główną rolę. Jednak od czasów Franka za wiele nie miał czego tu pokazać i nic dziwnego, że musiał tułać się po jakichś Zaolziach- mam mowy ulubiony wyraz/. Więc pojawia nam się Shrekodziad i pierwsze co się rzuca to jego chudziutkie nóżki! Za moich czasów nie był chuderlawy, jednak puszystość kostiumu zrobiła efekt powiększający od pasa w górę, a nogi pozostały "własne"- mogliby to dopracować, ale.. czepiam się. 

...pojawia ten  się Shrek! Zaczyna śpiewać i już wiem, ze to jest odpowiedni aktor na odpowiednim miejscu. Wyskakuje z toalety krzycząc "gdzieś mam ten wasz przyjazny świat" i widzę w nim Javerta, który faktycznie tak jak mówi- tak jest. Pasowało to do tej postaci zwłaszcza gdy straszył mieszczan. I tak chodzi, straszy- obłęd w oczach. Po czym dociera do swojego odludzia i.. wrzuca na luz. Dziad- Shrek zaczyna tańczyć w różnych stylach, podśpiewywać i podskakiwać wesoło. Widząc Dziedzica w roli Perczyka faktycznie miałam wrażenie, że jest bardziej wyluzowany na scenie, ale to co się działo tu- było niesamowite. Wcześniej widziałam Ostrowskiego i Westera. U nich miałam to samo wrażenie- spektakl fajny, ale postać Shreka beznadziejna. Widać było, że nie dają rady się w tym kostiumie po prostu poruszać. Dziad kostiumu nie odczuwał wcale a wcale- dodatkowo potrafił zupełnie na luzie tańczyć. Dodatkowo nie miał problemu z wyciąganiem końcówek, z którymi panowie wcześniej sobie nie radzili. 

Scenę zakończył słowami "noo to teraz na ropuszki" i gestem sugerował, co to za ropuszki- wszyscy dorośli panowie nie ukrywali swojego śmiechu;)

Story Of My Life- jedną ze świnek był Baca. On zdecydowanie może powiedzieć że praca jest dla niego przyjemnością a nie przykrym obowiązkiem- niczym Ola Meller skradał mi wszystkie zbiorówki. W chóralnym odśpiewaniu "odmień nasz zły los" bardzo mi się spodobało zapełnienie sceny. Po prawej stronie stał cały tłum wyrzutków po lewej zaś siedział Wilk okrutnie zły (Sasha) i melorecytował wyraz LOS. Był przecudowny i mimo że tylko siedział (choć dynamicznie) na krześle, to nie sposób było na niego nie patrzeć. Nie wiem czemu ale lubię jak aktorzy na scenie właśnie w ten sposób się ustawiają.

Tuż przed spotkaniem Osła (K. Wojciechowski )- czyli szukając zamku, Dziad mówił- i przypomniało mi się, że on sepleni. Przypomniało mi się nie dlatego, że zaczęłam wspominać nasz wspólny powrót do Gdańska i tę upojną noc.. On po prostu stal i seplenił na scenie tak strasznie, i nie wiem jak wielkie trzeba mieć znajomości, żeby mimo wszystko zostać aktorem.
Don't Let Me Go- Zawsze w tej scenie było tak, że Osioł biegał, skakał, błagał, żądał- a Shrek chodził od lewej do prawej kieszeni nie mogąc znaleźć miejsca. Tym razem właściwie odpychanie Osła przez  Shreka było tak świetnie ograne, że właściwie to była jego scena. Pierwszy raz miałam wrażenie, że to Shrek ma większe ADHD niż Osioł. I w sumie chyba nie tak powinno być- ale mi się podobalo :)

I Know It's Today-  niegdyś moja ulubiona piosenka- tym razem wypadła najgorzej. Może dlatego, że jednak nie przepadam za Fioneczką  na którą tym razem trafiłam. Tym razem była wnuczka dyrygenta, której to śpiewanie nie bardzo jednak wychodzi. Do tego, malutka (6cioletnia) Fioneczka zaczęła dojrzewać i jej biust widoczny pod sukienką już odejmował jej uroku i nie bardzo wiarygodnie wyglądała siedząc z misiem na kolanach. Fionka nigdy mnie nie porywała, ale na koniec weszła ONA- Fiona Smukowa! Nigdy jeszcze jej nie widziałam w tej roli! Jaka ona była cudna! Zakochałam się!

Travel Song- Jedna z moich ulubionych piosenek- i do dziś nie rozumiem, czemu jej na West Endzie nie wprowadzili w spektakl. Długa droga przebyta przez panów-

Who I'd Be- tu uwaga szok! Tyle razy na spektaklu byłam, tyle wersji słuchałam, a tu niespodzianka! Początek to są jakieś dwa-trzy takty, tak powiązane z



  "Bring him home". Aż dziwne, że na fali uwielbienia Nędzników nie zauważyłam tego!
Uwielbiam tę piosenkę. Chyba dla niej ( i jeszcze "zerwalem kwiatek") warto się pojawić na tym spektaklu. Właściwie jest za każdym razem inna- zależy w jakim etapie życia się ją ogląda. Czasem jest pesymistyczna do bólu. Czasem daje cień nadziei. 

Zdecydownaie jest to spektakl dla dorosłych. Naprawdę, nie sądzę, żeby dzieciom się mógł podobać- jest zupełnie inny niż bajka- w dodatku używają tu trudnych wyrazów- które z dzieci wie co to linie demarkacji czy impas...
Zauważyłam też tym razem wiele "ludzkich" cech nadanych bohaterom, ale nie takich oczywistych: Shrek-mężczyzna-silny, Fiona-kobieta-delikatna. Te relacje były tak zmienne i w pewnym momencie wydawało nam się, że w tym spektaklu jesteśmy Osłem, później Fioną na Shreku kończąc.

Mam wrażenie,ze cała obsada, choć w dużej mierze wymieniona- zaczęła się spektaklem wreszcie bawić. Dotarli do etapu, że żadna wpadka raczej ich już nie zaskoczy i dadzą radę to ograć jakkolwiek to pójdzie. Efektem tego jest bardziej zapełniona scena i smaczki,które można wyłapywać.

Zastanawia mnie, czemu Korwin nie wybrał od razu Łukasza do obsady. Początkowo sobie przypomniałam, ze to był okres Nędzników na których wypadało, żeby jako pierwsza obsada się pojawiał. Jednak przecież grał Farquada, więc na miejscu był.


zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Muzycznego 

OKNO NA PARLAMENT- Teatr Muzyczny w Gdyni, Cooney, scena Nowa


SPEKTAKL: 8/10

REŻYSERIA: 8/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Wypoczętym. Tyle się dzieje, że trzeba nie lada skupienia, żeby się połapać. Wybierz się w doborowym towarzystwie, a po spektaklu wybierzcie się na kolację przypominając sobie najśmieszniejsze gagi.


Kolejna premiera spektaklu, który nie wiedzieć czemu pojawił się w repertuarze teatru muzycznego. Wcześniej takim tytułem było "39 stopni"- farsa słaba, nie mniej jednak bardziej skupiłabym się tu na gatunku , a nie na tym, czy się podobało, czy nie. Dlaczego teatr MUZYCZNY podejmuje się wystawiania spektakli dramatycznych? Jako widz przeciętny, który nie wchodzi w szczególy spektaklu, mogłabym czuć się wręcz rozczarowana, że nie jest to musical, lub chociaż spektakl muzyczny czy wodewil. Wracając do sztuki bieżącej...
Okno jest kolejnym przedstawieniem Ray'a Cooney'a, w przekładzie Elżbiety Woźniak. Duet można powiedzieć, że sprawdzony. Pani Elżbieta nie raz już podejmowała się tłumaczeń tego reżysera z dużą skutecznością. Niestety jeśli chodzi o samą fabułę spektaklu- mnie lekko rozczarowała. I nie chodzi tu o to, że było nie śmieszne. Było, sama się nawet parę razy głośno zaśmiałam, pomimo, że większość uśmieszków początkowo udawało mi się skutecznie stłumić w sobie. Treść spektaklu, można powiedzieć jak na autora- banalna, nie przewidywalna. Czasem zazdroszczę ludziom, że nie mają styczności ze zbyt wielką ilością spektakli, bo mogą spojrzeć na ten zupełnie inaczej.

Akcja tradycyjnie zaczyna się na spokojnie. Widzimy Rafała Ostrowskiego wraz z A.M. Urbanowską. Właściwie tu już też nic nie zaskakuje (no.. może poza tym, ze aktorka schudła i się ładnie prezentowała na widowni): Ostrowski  wyglądał jak ulizany pedofil i ciągle w głowie miałam "Ilse..czas na bajeczkę.." <Przebudzenie wiosny- piosenka, w której ojciec gwałci swoje córki>. On się wręcz ślinił na widok panienki. Fuj. Urbanowskiej nigdy nie lubiłam, i chyba jak w przypadku Karoliny T. nie prędko to nastąpi. Była poprawna, o ile wypada mi to napisać- ładna, ale irytująca. W krótkim czasie poznajemy właściciela hotelu (T. Fogiel), kelnera (M.Richter), dowiadujemy się, że Oset nie jest byle jakim posłem tylko najważniejszym premierem a sekretarka z którą wybrał się na noc do tego hotelu- jest sekretarką z innej partii. Chcąc skonsumować tę niepochlebną znajomość Ona podchodząc do okna odkrywa- trupa. Trup nie byle jaki, bo zaglądający przez okno do pokoju- w tej roli sprawdził się świetnie Aleksy Perski, który nie raz musiał się przewrócić, bądź przeturlać po niezbyt miękkim podłożu. Nie chcąc rozgłosu Bóg chowa trupa do szafy, wzywa swoją prawą rękę na pomoc w ratowaniu tej sytuacji.Dalej akcja toczy się bardzo szybko- nie sposób to wszystko wymienić. Jednak z ciekawostek i innych takich spostrzeżeń:
-R. Ostrowski chodził w szlafroku ze spektaklu "My Fair Lady". Szlafrok był własnością prof. Higginsa, którego odgrywał M. Richter często stojący tuż obok niego w stroju (niegdyś swojego)kelnera.
- już nie pamiętam kto jechał do tej ciotki- ale jechał do ciotki mieszkającej w Felixtowe- Ciotka istniejąca w spektaklu Mayday 2 tego samego reżysera
- K.Kurdej pojawia się na scenie jako siostra
-A. Perski grał trupa. Gdy został chowany do szafy był niby "wieszany" na haczyku na ubrania. Oset go podnosił i wieszał o kark płaszcza, równocześnie gdy trup delikatnie unosząc się na palcach pomagał mu to czynić i ostatecznie wisiał powierając swoje stopy o deseczkę na drzwiach zamontowaną. Nic dziwnego- tu jest teatr, nikt się nie spodziewa, że facet o męskiej wadze będzie wisiał na kawałku materiału i dyndał. Nikt prócz pani siedzącej obok mnie. Ona była zachwycona tym, że Oset go uniósł i powiesił. Zachwycona? Mało powiedziane. Zakładając sytuację, że na scenę wróciłoby Francesco lub Fame, a byłabym w miejscu, gdzie należałoby zachować ciszę i spokój, myślę, że nasze radości były by w tym samym stopniu w skali zachwytu.
- noooo i oczywiście wszystkowiedząca publiczność. Wiem, jestem wredna, ale wkurza mnie człowiek siedzący na widowni przewidujący przyszłość. Umówmy się, nie była to komedia, w której wszystko zaskakiwało. Były sceny/dialogi, które po prostu były do przewidzenia. I w tym momencie pan Zenon z 2 rzędu teatralnym szeptem zdradzał swoim znajomym co aktor stojący na scenie zaraz powie. Trafiał lub nie- bo jak mówiłam, część było ciężko przewidzieć. Ale myślę, że gdzieś po świecie chodzi jeszcze jeden Bóg, o którym nie wiemy. Oczywiście takich proroków było paru, więc momentami można było usłyszeć parę wersji wydarzeń.


Spektakl w mojej opinii ma bardzo dobre tempo, czasem nawet za szybkie- ciężko sobie zakodować jakąś informację kto jest kim i co właściwie robi, bo zmienia się to po raz kolejny. Mimo wszystko zostaje czytelny i przede wszystkim zabawny. Jest umieszczony w schemacie typowych komedii dla tego reżysera, ale to też chyba normalne, że oni lecą pewnymi schematami. Publiczność świetnie się bawiła, ja nie uważam, żeby wieczór był zmarnowany.
Po pierwszym akcie nie byłam zbyt zadowolona. Właściwie, gdy usłyszałam, że komuś się podoba tempo akcji oraz fabuła, myślałam, że się nabija. Drugi akt na szczęście nadrobił na tyle, że spektakl mogę nazwać zdecydowanie udanym. Jednak nie wybiorę się na niego po raz drugi- jednak komedie dwukrotnie nie bawią.
Oczywiście nie zawiódł również pan Rudziński, który tradycyjnie wyraził swoje odwrotne zdanie na temat spektaklu. Ja nie wiem jak on to robi? Zbiera opinie i pisze wszystko przeciwnie? Może posiadł moje zdolności w rozwiązywania testów tak, by żadna z odpowiedzi nie była prawidłowa i wzbudzić wszelki zachwyt? Zagadka wciąż nie rozwiązana.

Opis przedstawienia na stronie teatru
Zdjęcia pochodzą ze strony teatru.