Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 sierpnia 2016

BYĆ JAK CHARLIE CHAPLIN, P.Wyszomirski

SPEKTAKL: 8/10
REŻYSERIA: 8/10

Komu polecam?
Osobom nie przekonanym do monodramów oraz tym, którzy lubią podziwiać aktorów przy nowych teatralnych wyzwaniach.

Nie lubię monodramów. Są one trochę jak loteria- nie zrozumiesz tematu, nie spodoba Ci się aktor bądź scenografia- i trwasz do końca, a wychodząc obiecujesz sobie, że już nigdy więcej nie pójdziesz na tego typu sztukę.
Nie ukrywam, że ze sporą obawą wybrałam się na to przedstawienie, ale i z równie wielka ciekawością- na scenie można było zobaczyć Mateusza Deskiewicza, którego  znamy z Gdyńskie Teatru Muzycznego, lecz bardziej z ról drugoplanowych. Tak więc aktor muzycznego solo- trzeba zobaczyć! Ważny jest również reżyser- Piotr Wyszomirski- na co dzień raczej kojarzony z Gazetą Świętojańską, jednak dał się już mi poznać z innej strony przy okazji spektaklu "This is not a love song"- który był genialny.

Streszczanie monodramów nie ma za bardzo sensu- trzeba je zobaczyć i zinterpretować po swojemu. Tutaj jest szerokie pole do popisu.
Sztuka, wbrew pozorom, nie opowiada nam wprost życia Chaplina. Właściwie, jego życie jest tylko delikatnym tłem do opowieści aktora, który przygotowuje się do swojej roli. Szalenie podobało mi się podkreślenie czasu w którym spotykamy naszego bohatera- wymienił wiele obecnych afer i tematów kontrowersyjnych. Tak... Witamy w 21.wieku. 

Piosenki- prawdę powiedziawszy artyści szli jakimś bliżej nieokreślonym kluczem, ponieważ piosenki są z różnych lat, czy gatunków. Tak czy inaczej musical jest moją ulubioną formą spektaklu więc piosenki są dla mnie bardzo ważną częścią spektaklu. Usłyszeć mogliśmy:
Dziwna okolica (org. Marek Dyjak)- uwielbiam, kiedy znane piosnki w teatrze nie są rozpoznawalne, jak w "Jaka to melodia" po pierwszej nutce. Tutaj do refrenu nie byłam pewna, czy to na pewno ta piosenka! Brawo
Ty ich baw (Deszczowa Piosenka)- tłumaczenie pochodziło chyba z teatru muzycznego ROMA. Tam kojarzę ten tytuł w wykonaniu Jana Bzdawki, który pomimo sceny wypełnionej innymi aktorami i olbrzymią scenografią nie porywał tak jak Mateusz- brawo!
Wąsik ach ten wąsik (Ludwig Sempoliński)- to wykonanie mogliśmy usłyszeć na koncercie "Śpiewający aktorzy". Ewidentnie tutaj mógł dać swój popis aktorskiego kunsztu. Mimika, ruchy, śpiew- bardziej dopracowane być nie mogły.

Spektakl kończył,a właściwie podsumował, krótki groteskowy film, pokazujący "jak kończą aktorzy"- cała wykonana przez nich praca musi się przede wszystkim przełożyć na chleb.

Aktor radził sobie na scenie zaskakująco dobrze- pamiętać należy, że zazwyczaj gra na o wiele większych scenach, już nie mówiąc o towarzystwie współaktorów na niej. Nie było tutaj mowy nawet o najmniejszej pomyłce, potknięciu, zapomnieniu tekstu. Wszystko pięknie wyartykułowane, każdy gest wyważony. Mimika twarzy wprost genialna! No i jedno ważne spostrzeżenie- uznałam, że trochę żenujący jest fakt, iż mężczyzna sprawniej wykonuje makijaż. Musze postawić zdjęcie Charliego przy lustrze- może pomoże :)

Po obejrzeniu monodramu była przeprowadzona dyskusja na jego temat z udziałem aktora i reżysera przedstawienia, poprowadzona przez Wiesława Gerasa i Marię Bohdziewicz. Dyskusja naprawdę ciekawa, świetnie poprowadzona- każdy miał wiele do powiedzenia, padały ciekawe spostrzeżenia a pytania były kierowane do twórców przez publiczność- ale również i ona była wyrwana do odpowiedzi. Bardzo miło było się temu przysłuchiwać, uważam, że takie dyskusje powinny być przeprowadzane przy okazji każdego spektaklu. Zdecydowanie otwiera oczy, można dopytać o rzeczy, które były nie jasne oraz posłuchać (moje ulubione) wszelkich anegdot odnośnie danego utworu.

To było moje pierwsze spotkanie z Monoteatrem, ale zdecydowanie nie ostatnie. Już czekam na kolejne przedstawienie!


link do strony fundacji, z której zapożyczyłam zdjęcia ;)

poniedziałek, 18 maja 2015

Mały Książę- końcówka

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 8/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Osobie, która potrzebuje w życiu czegoś więcej. Od siebie. Od życia. Od spektaklu

Zastanawiałam się dziś ile inscenizacji Małego Księcia widziałam, nie doliczyłam się. Było ich sporo...Wersje musicalowe, baletowe. Z dramatyczną spotkałam się po raz pierwszy, zdecydowanie nie ostatni.

Wchodząc na scenę kameralną nie ma kurtyny- widzimy zapiaszczoną scenę, łóżko szpitalne, kanapę i fortepian. Łóżko nie jest puste. Zajmuje je Starzec. Szukając swojego miejsca wśród rzędów krzeseł na publiczności od razu w oczy wpada las... budzików. Takich zwykłych, nakręcanych, tykających. Znajdowały się one co drugim/trzecim siedzeniem. Miejsce znalezione- na szczęście nie miałam zegarka pod sobą i nie musiałam się stresować, ze zostanę z nim wyciągnięta na scenę .Światła gasną, rozpoczyna się spektakl. 

Bardzo podobało mi się niesztampowe spojrzenie na tekst. Nie było podziału kwestii. Ktoś z książki pousuwał  informacje "zapytał Mały Książę", "stwierdził Lotnik", "zaszlochała Róża" zostawiając jedynie same mądre zdania wkładając je później w usta aktorów. Obsada wielopokoleniowa wskazywała na dorastanie małego księcia na naszych oczach, zamieniając co rusz aktorów na starszych. Jednocześnie ten domysł został obalony w momencie pojawienia się wszystkich męskich aktorów już w pierwszej scenie. 

Fabuła książki była zachowana, ale nie zawsze w tej kolejności jak została wydrukowana. Nie przeszkadzało to zupełnie. Pozwoliło otworzyć oczy i umysł trochę szerzej niż jedynie na zdania w tekście.

Czas na scenie (UWIELBIAM CZAS NA SCENIE <3) był mimo wszystko ułożony etapami życia, jednak nie był w tym kręgu zamknięty. Nie mieliśmy odczynienia jedynie z dzieckiem które dorasta mając po drodze pouczające przygody. Tu było coś więcej. Na scenie są wszyscy. Przez tłum przebiega dziecko żądając narysowania baranka. Chce tego z dziecięcym uporem od starca. Starzec leży w łóżku. Obok niego widzimy kaczkę, co sugeruje, że raczej do sprawnych staruszków nie należy. Dziecko jednak dalej chce baranka, krzyczy, prawie płacze. W końcu otrzymuje pudełko  z barankiem, jest prze szczęśliwe, po czym ciśnie tym pudełkiem w kąt (niczym standardowe dziecko które ma już wszystko).
Kolejny wybija się młodzieniec, który zaczyna zakochiwać się w Róży. I widzimy tu jak się do siebie zbliżają. Pokazują też jednoznacznie konsumpcyjne podejście do miłości- do tego stopnia, że w Róża została nazwana dziwką.

Starzec nie był lubiany. Był ciężarem dla innych. Niedołężny, powolny, już nie taki świeży, nie był atrakcyjny dla reszty towarzystwa, które na siłę z nim siedziało, ale nie udawało im się trzymać nerwów na wodzy. Był jednak wśród nich wyjątek. Dziecko, które widziało w nim dobrego, a przede wszystkim mądrego człowieka. Nie dziwnego, niepełnosprawnego, a potrafiącego rysować wspaniałe baranki i w dodatku zna się na jego hodowli! Mimo, że starzec odpowiada na jego pytania z niecierpliwością i pełnym zdenerwowaniem, jako jedyny podaje odpowiedzi ja jego pytania.
Prawdę powiedziawszy nie bardzo wyróżniał się na scenie Marek Richter. Może to właśnie oznaka dorosłości? Nie są już tak otwarci jak dzieci ani tak przebojowi jak młodzi ludzie? Są sztywni, chcą pokazać się, że są Ą-Ę przez co stają się niezauważalni?
Podróżowanie po planetach wplecione było w historie, nie było nazwane w prost "a teraz odwiedzam planetę taką a taką spotykam tego i tego". Nie było postaci Latarnika, Geografa etc. każdy znajdował w sobie te planety, w zależności od etapów życia bądź położenia w nim.
Starzec był Królem. Lubił dawać rozkazy z łóżka, chciał do końca zostać Panem- z poddanymi, czy bez- nie miało już znaczenia. Jedną z jego poddanych była właśnie Róża. Kobieta jego życia. Kobieta, która na jego rozkaz odeszła od niego. Później przyznał się do tego że pije.

Latarnikiem był młodzieniec. Swoją historię o rozpalaniu i gaszeniu opowiadał siedząc na fortepianie. Swoja nogę trzymał między nogami Reni i ją "rozpalał". Gdy dzień się kończył-kończył. Wszystko wg instrukcji, bo trzeba, bo nie wypada, bo jak inaczej? Oczywiście robił to dla siebie- nie myślał o innych (innej). Miał tego świadomość, nie umiał się jednak z tej rutyny i narzuconego rytmu życia zrezygnować. Był trybikiem, który nie potrafił postawić się przeciw systemowi.

Postać Pijaka pojawiłą się dwukrotnie. Najpierw z Latarnikowego młodzieńca wypłynęło wyznanie, że pije, żeby zapomnieć,że się wstydzi, że pije zaraz po tym jak wykonał swoją pracę wraz z Renią. Następnie do tego samego fragmentu powrócił starzec, który nie był w stanie pogodzić się z odejściem Róży od niego.

Słowa dzieci mają moc. Pewnie dlatego wszystkie mądrości na scenie sprzedaje nam MAŁY książę, bo działa to jakoś na naszą podświadomość. Dzieci są bezpośrednie i bazując właśnie na bezpośredniości dziecko podeszło do Róży i nazwało ją mamą. Róża wpadła w histerię. Zaczęła uderzać się w brzuch próbując pozbyć się dziecka. Płakała na fortepianie. Starzec siedział zasmucony inną opowieścią na wózku. Chłopiec chwycił mikrofon i zaczął śpiewać piosenkę, nazywając wcześniej starca swoim ojcem. Był przeszczęśliwy. 
To był moment niezwykle wzruszający moment. Ile się teraz słyszy, że to faceci karzą kobietom usuwać dzieci mimo, że one tego nie chcą. Chłopiec pierwszą zwrotkę kierował do wzruszonego ojca, drugą zaś do zrozpaczonej matki. Próbował ją przytulić, pocieszyć, przelać trochę ciepła ze swojego serca. Ta go jednak do końca odpychała, mimo jego wszelkich starań. 

Książę dorosły, to typowy bankier. Nic się tak nie liczy, jak kasa, cyferki i fakt posiadania. Nie dostrzega już drobiazgów i gdy młodzieniec opowiada mu, że dla niego jego Róża jest najważniejsza i z resztą jakoś sobie poradzą, ten go wyśmiewa.

Gdy tak Mały Książę biegał krzycząc "narysujesz mi baranka" ciągle miałam w głowie "ulepimy dziś bałwana"?:)

Końcówka... Starzec musi ruszyć przez pustynię, żeby dojść do studni. Róża zakłada mu buty,reszta pomaga przyodziać garnitur. Odchodzą. Zostaje tylko on. Nie jest smutny. Nie jest przestraszony. Można powiedzieć stał się bardziej ludzki a nawet zdziecinniał. Wziął patyk i podszedł do jednego z widzów prosząc z dziecięcym uśmiechem o narysowanie baranka. On posłusznie baranka narysował otwierając przy tym kolejną historię. Starzec był prze szczęśliwy. W ramach podziękowania i na pożegnanie powiedział tak:
"Gwiazdy dla ludzi mają różne znaczenie. Dla tych, którzy podróżują, są drogowskazami. Dla innych są tylko małymi światełkami. Dla uczonych są zagadnieniami. Dla mego Bankiera są złotem. Lecz wszystkie te gwiazdy milczą. Ty będziesz miał takie gwiazdy, jakich nie ma nikt.Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.A gdy się pocieszysz (zawsze się w końcu pocieszamy), będziesz zadowolony z tego, że mnie znałeś. Będziesz zawsze mym przyjacielem. Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną. Będziesz od czasu do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: "Gwiazdy zawsze pobudzają mnie do śmiechu". Pomyślą, że zwariowałeś. Zrobiłem ci brzydki figiel. Nie opuszczę cię."

Znika w ciemnym korytarzu.
Cała sala płacze, nawet na oklaski nie było sił. Owacja na stojąco, ale mimo oklasków bardzo milcząca.


Ale żeby nie było za idealnie, jeszcze było coś co mi przeszkadzało. Nie lubię chodzić do teatru MUZYCZNEGO na dramaty. Mimo, że spektakl bardzo mi się podobał, to w muzycznym, chcę muzyki. I tu się wylania kobieca natura- muzyka była, ale nie taka jaką bym chciała. Wyglądało to w przybliżeniu tak, że jest akkcja spektaklu, wstaje aktor, pstryka palcami, włączają się światła na scenie i śpiewa piosenkę łamanym angielskim do podkładu puszczonego z półplaybacku. Wyglądało to trochę, jakby ktoś zapauzował spektakl i zrobił przerwę na reklamę. Nie wyglądało to dobrze i, co najważniejsze, nie było potrzebne. Zatracało się rytm spektaklu, wytracało z wątków. Poza tym mieszkając w Polsce oczekuję jednak piosenek przetłumaczonych, o ile to nie zaburzy sensu spektaklu.
Naprawdę nie pamiętam kiedy tak bardzo płakałam w teatrze. Tak, że nie mogłam się wręcz uspokoić i nawet stojąc w kolejce po płaszcz musiałam w głowie wymyślać śmieszności, byle się uspokoić. Bardzo brakowało mi tego typu sztuk. Chyba jestem zmęczona wszystkimi wesołymi spektaklami o niczym i brakuje mi właśnie tych życiowych. To było dobrze zaplanowanie zakończenie sezonu teatralnego. A zarazem otwarcie- bo tak naprawdę to była najlepsza sztuka którą widziałam w sezonie 14/15. Wychodząc minęłam Dużego Księcia tego teatru. I wiecie co? Pierwszy raz pomyślałam, że uda mu się poprowadzić ten teatr.

piątek, 10 października 2014

AVENUE Q- Teatr Muzyczny Gdynia, McCollum, Goodman, Seller, M. Miklasz

SPEKTAKL: 9/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 7/10

Komu polecam?
Wszystkim którzy myślą, że są otwarci na wszystko. Można się wiele os sobie samym dowiedzieć ;)

Po spacerze po londyńskich teatrach chyba przyzwyczaiłam się do teatru, który od razy po wejściu wciąga Cię w dany spektakl. Scenografia wcale niepudełkowa, wypełzająca poza scenę, wylewająca się wręcz na publiczność- to westendowa domena. Mogą sobie na to pozwolić- cały budynek poświęcają na jeden spektakl. 

I tak idąc do mojego ( a właściwie Mojego) teatru w progu wejścia na salę zostałam zaatakowana wręcz papierową ścianą z cegieł i napisem "życie jest nowelą" i zastanawiałam się WTF. Wchodząc dalej na swoje siedzenie szłam ulicą Sezamkową, i na jej części spoczywały moje stopy aż do samych oklasków (no...prawie).

Spektkal rozpoczyna śpiewająca garstka aktorów w czerni, śpiewająca w takt skocznej melodii o pięknym dniu, który wstaje nad Avenue Q. Tu słoneczko, tam chmurka... rachunki, brak kasy i beznadziejne mieszkanie w zapyziałej dzielnicy. I już wiemy, że i do teatru dotarła moda na "to, że jest animowane, nie znaczy, że dla dzieci".

Od pierwszego momentu nie miałam problemu (którego się obawiałam) czyli skupiania się na aktorach, zamiast na lalkach. Jednak lalki same w sobie były tak dobrze wykonane, dobrane a przede wszystkim sterowane, że nie było opcji, zeby na nie nie patrzeć ;)

Przekleństw nie ma aż tyle, co reklamują- albo już mam taki wypaczony mózg, że ich nie słyszę lub nie robią na mnie wrażenia. 
Jeśli chodzi o tłumaczenie podoba mi się język współczesny, użycie tekstów "na czasie". Lubię, gdy spektakl jest spersonalizowany pod odbiorcę oraz miejsce w którym go oglądamy. I tu mamy Maciusia z Klanu, całą playlistę polskich przebojów, oraz podróże gdyńską SKMką i marzeniach o przeprowadzce do Witomina. Czy Witomino to odpowiednik naszej Orunii? takie wrażenie właśnie odniosłam gdy wszyscy na to hasło zaczęli się śmiać w głos ;)
Na początku raziły mnie przerwy w scenach, co nie pozwalało się wciągnąć w fabułę. Tworzyło to bardziej "sitcomy" i obejrzenie nowych bohaterów i ich "ja" do tego stopnia, że właściwie sama zastanawiałąm się czy ten spektakl ma jakiś sens, czy tylko chcą sobie pośpiewać piosenki o gejach i pornolach i jedynie pokazać, że spektakl można wystawić w innej formie. Jeśli chodzi o grę aktorską podobał mi się każdy z osobna i wszyscy zarazem! Stwierdziłam też, że taki rodzaj przedstawienia jest oszczędny, ponieważ jak były sceny zbiorowe wydawało się, że jest taaaaki tłum. Ale zarazem gdy były poważniejsze sceny aktorzy znikali w tle i widziało się jedynie lalki. Chyba o to chodziło-więc jestem pod wrażeniem.

Podobało mi się również indywidualne podejście do lalek. Żadna nie ma wymiennego aktora, więc zostały one wykonane pod konkretnego współtowarzysza roli. Najgrubszy był Sasza, najsmuklejszą buzię miał Mateusz Deskiewicz, Maja zaś miała takie same spineczki i makijaż jak jej lalka. Trębacz sterowała prostytutką-w końcu pasowałą do jakiejś roli- i nie miała zadnego makijazu, co też było trafną decyzją bo nie rzucała się w oczy i mnie nie drażniła. Pojawił sie też nowy aktor ze studium, bardzo dobrze zbudowany ^^. Pomagał innym w obsługiwniu postaci, gdy była taka potrzeb, będąc przy tym nie zauważalnym. Dodatkowo ma bardzo ciekawą barwę głosu i nazwisko jeszcze piękniejsze- Czech. Kocham! <3. Agata może spać spokojnie, Krzysztof a już nie chcę ;)


Piosenki są utrzymane w temacie z Ulicy Sezamkowej. Gdyby wyłączyć słuchanie tekstów, można spokjnie puszczać dzieciom jako piosenki dla nich właśnie przeznaczone. Są śpiewane w uroczy, wesoły sposób że aż do przesady. Na szczęście w takich momentach jesteśmy sprowadzani na ziemię np. przez Saszę, który całą piosenkę śpiewa do czego służy internet mężczyznom.
Cały spektakl rozjaśniały animacje i krótkie filmiki (nie zawsze porywające). Okazało się też, że znam parę piosenek i to w polskim tłumaczeniu i w życiu nie podejrzewałam, że pochodzą z tego spektaklu (pewnie przez brak przekleństw  i sprośności). Najciekawsza animacją jak dla mnie był powrót do młodości postaci, gdzie w tle pokazane były zdjęcia aktorów z czasów studium.Zdjęcia o tyle wzruszające, ponieważ na niektórych było widać stare części teatru oraz M.Korwina i Sebastiana. Poza tym przypomniało mi się, że Krzysztof Wojciechowski miał kiedyś długie włosy, a teraz walczy, żeby ich resztkę na głowie utrzymać ;). Były też pod tym względem niedociągnięcia. Chcąc pokazać ten sam czas w teatrze ( xD) i dwa miejsca- posłużyli się animacją jednej z bohaterek i wystawieniem "na żywo" drugiej. No i wszystko fajnie, bo czemuby nie łączyć takich metod. Jednak wyświetlany muppet nie był ciągle w ruchu. Tak jak Baka, gdzy schodizł z pierwszego plany gasła bez ruchu. Bardzo mnie to raziło. Bardzo bardzo bardzo.

Poruszane jest wiele kwestii i tak naprawdę nie uważam, ze były przedstawione wulgarnie, choć wprost. Sama miałam mieszane uczucia w niektórych scenach.
w np. "Jesteś małym rasistą". Piosenka która mówi o tym, że normalne, nieowlosione muppety nie lubią kudłatych. Więc nie nawiązuje tu do zadnych tematów biało-afroamerykańskich. W którymś momencie jednak pada zdanie, że rosjanina nie zatrudni, bo jest rosjaninem.I tu poczułam, że trochę przechodzą tę granicę i , że chyba nie jestem jednak tak otwarta jak myslałam ;)

Jednak największym zaskoczeniem bylo dla mnie pojawienie się... Maciusia z Klanu. Stracił pracę i zostaje cieciem. Zastanawia mnie, czy ktoś pokusił się na zdobycie zgody, żeby wykorzystać jego nazwisko. Nie jest on tu wyśmiewany, obrażany i w ogóle (choć parę razy wspominają, że ma downa) więc nie sądzę, żeby ktoś, kto potrafi się sam z siebie śmiać uciaszyłby się, ze jego postać aż tak się zasłużyła, że bierze udział w spektaklu. Jednak nie jestem pewna, czy jednak osoba niepełnosprawna ma taki dystans do siebie. Nie wiem, bo takiej nie znam. Mam jednak nadzieję, ze nie będzie z tego afery.

Kasia Wojasińska się zgotowała- mówiła do lalki i chciała ją pocieszyć. Mówiła cały swój monolog do niej, ale za ramię złapała aktora. Wszyscy stali zmieszani i zaskoczeni tą pomyłką, Kasia zrobiła się czerwona, ale mimo wszystko pociągnęła wszystko do końca.

Niestety nie wszyscy potrafią się śmiać z siebie, bądź uwazają, ze nie powinno coś takiego mieć miejsca w teatrze- Stąd parę osób po przerwie nie wróciło.

Jeśli chodzi o publiczność to chyba największym zaskoczeniem było dla mnie to, że starsi ludzie którzy koło mnie siedzieli byli spektaklem zachwyceni- a to po nich spodziewałabym się takiej zaściankowości. Była wycieczka klasowa i nie omieszkałam podsłuchać rozmów- "nawet dało się obejrzeć".

Zakończenie spektaklu jest również zaskakujące. Bardzo mi się podoba- choć po takich słowach każdy będzie myślał, ze będą jakieś fajerwerki. Nie. Nie będzie. Zdecydowanie. Ale spektakl mimo wcześniejszych wątpliwości był przemyślany.

Czas minął mi niesamowicie szybko- dawno nie wciągnęłam się w spektakl aż tak. Do czasu... i tu jest coś co spowodowalo, że spektaklu nie polubię. Mało tego, zastanawiam się czy jeszcze nie powinnam podpalić teatru- i tym razem nie ze względu na Dyrekcję (chociaz kto ich tam wie...). Otóż. Siedzę sobie ja. Grzecznie oglądam spektakl. Śmieje się kiedy trzeba, klaszczę w rytm muzyki, aż tu nagle ktoś wbiega z wielkim tupotem na scenę. Leci jak szalony w moją stronę. Moje wypieki na twarzy zniknęły momentalnie i przybrałam kolor zbliżony do tynku. Prawie straciłam przytomność, gdy tak biegł w moją stronę. Biegł ogromny, ogromniasty pająk! Przeobrzydliwy! Kolejny największy i najbrzydszy jakiego widziałam w życiu. Czas stanął w miejscu a w mojej głowie było tylko jedno pytanie. Podnosić torebkę, czy nie. Podniosę, mogę stracić spektakl. Nie podniosę, może się tam schować pająk, i mogę już więcej spektakli w życiu nie zobaczyć. Nie podniosłam. Teraz czuję, jak jego wszystkie nóżki po mnie chodzą mimo, że torebkę zwinęłam najszczelniej jak potrafiłam.
Tak więc zdecydowanie nie polecam. Szkoda kasy. Pająki mam tez w piwnicy- mogę pokazać za mniejszą opłatą ;)


opis spektaklu na stronie teatru
zdjecia pochodzą ze strony teatru