Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sopot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sopot. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Stanisława Celińska- ATRAMENTOWA

Dziecko Praskiej ulicy, tak można w skrócie o artystce napisać. Kobieta po przejściach i to okrutnych. Sięgnęła dna, ale udało jej się wzbić na wyżyny. Mimo swoich lat jest młoda duchem, uśmiechnięta i otwarta na innych. Wspiera, szanuje, kocha- i to wszystko nam przekazuje wprost ze sceny.

Jakieś 10 lat temu, kiedy byłam zafascynowana starymi polskimi kabaretami usłyszałam utwory "Uśmiechnij się" oraz "Song sprzątaczki"w wykonaniu Stanisławy Celińskiej. Była genialna. Pragnęłam zobaczyć ją na żywo- jeszcze wtedy nie wiedziałam, że po latach odmieni się forma tych spotkań i od kabaretu będzie jednak daleko. Na żywo mogłam podziwiać ją dwa lata temu- było to to marzenie, które podczas realizacji po prostu Cię zawodzi. Pamiętam, że było nudno, długo, wolno- jednak mimo wszystko czułam, że jej kunszt aktorski jest wart kolejnego podejścia do jej występów i tak udało mi się zobaczyć ich jeszcze parę. Chyba teraz dojrzałam do jej twórczości, ponieważ z każdym koncertem czuję, że odbieram go coraz pełniej.

Koncert miał tytuł "Atramentowa"- czyli mamy do czynienia z promocją ostatniej płyty, którą już jakiś czas można otrzymać w sklepach muzycznych. Zwykle mam mieszane uczucia co do tego typu koncertów- często bywają odegraniem płyty na żywo. Na szczęście tutaj było zdecydowanie inaczej. Stanisława Celińska zaśpiewała utwory, które znajdowały się na płycie, lecz okraszała je anegdotami, przemyśleniami bądź opowiadała historię ich powstania. W powiązaniu z nimi, cały koncert był niesamowicie spójny. Zaczęliśmy od piosenek nocnych, mrocznych, smutnych aż po utwory o wschodzącym słońcu i nowym, kolejnym dniu.
Energia, jaką darzyła swoją publiczność, płynęła z jej serca więc jest wręcz niespotykana. Upewniała się, grzecznościowo, czy nie jest nam zimno. Oświadczyła, ze nie pogniewa się jak będziemy wychodzić z tego powodu i jeśli chcielibyśmy ten koncert zakończyć szybciej to mamy mówić. Oczywiste jest to, że nikt o zakończeniu nawet nie śmiał myśleć, ale w niej można było na każdym kroku odczuć troskę o innych. 
Czymże jest piosenkarka bez swojego zespołu. Zdecydowanie grała z największym muzycznym teamem z jakim miałam ją okazję widzieć. Nie ma co ukrywać, od razu słychać tę ilość wspaniałych instrumentów, które idealnie ze sobą współgrały.  Relacje wszystkich artystów były niesamowicie ciepłe. Celińska im czasem matkowała- głaskała po główkach, ciepło się zwracała. Później ruszała w tan i była ich klubową koleżanką. Byłam zdumiona ile energii siedzi w duszy tej "starszej pani".
Były utwory z wspaniałymi tekstami zarówno samej aktorki jak i wielkich pieśniopisarzy- np. Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz czy... Muńka Staszczyka. I to właśnie jego piosenka jest najmocniejszym utworem całego koncertu. Myślę, że brak jest osób, które tej piosenki nie znają. Ciężko przejść obok niej ponieważ płynie prosto z serca- została ona napisana specjalnie dla Celińskiej, której los w pewnym momencie zszedł na nieodpowiednią drogę. Wspaniale wykonana piosenka, mimo, że wszystkim na widowni doskonale znana, powodowała, że łzy nie przestawały płynąć a oklaskom nie było końca. Chociaż o ile łzy są w porządku, oklaski były... za szybko. Nie daliśmy utworowi wybrzmieć do końca. Nie daliśmy go zamknąć. Pomedytować nad słowami przez ułamek sekundy. Myślę, że cisza byłaby tu większym podziękowaniem. Aktorka, mimo, że wcześniej siedziała pewna siebie tutaj widać było, że piosenka, którą wykonywała była dla niej trudnym utworem. Podziwiałam, że odważyła się na jego publiczne wykonanie, bo to zdecydowanie zupełnie coś innego niż piosenka, z której tekstem się utożsamiasz, ale mimo wszystko nie przeżyłaś.

Na bis zagrała utwór "W imię miłości". Dlaczego o tym piszę? Ponieważ rząd za nami siedziała pewna babcia. I ta babcia śpiewała równie głośno co Celińska tekst piosenki. Nieźle, pomyślałam. Odwracam się zatem, aby zobaczyć, i widzę. Pani siwiuteńka, wyprostowana i pochylona w stronę sceny. W ręce trzyma kartkę z wydrukowanym tekstem piosenki i odśpiewuje wręcz jak hymn. Wspaniały widok!

Suplement
Po ostatniej piosence aktorka obiecała pojawić się z boku sceny aby dać autograf na płycie bądź książce lub po prostu- przytulić. Nie wierzyłam- pamiętam, jak w 2007 r. pragnęłam dostać jej autograf po spektaklu Grace i Gloria, jednak brakowało mi odwagi. Byłam ziarenkiem piasku przy tak wielkiej dla mnie postaci, więc odeszłam. Tutaj była na moje wyciągnięcie ręki. Zawsze staram się przepuścić wszystkich zainteresowanych przed sobą, ponieważ na koniec zostaje większa swoboda na wymianę paru zdań. Tak zrobiłam również teraz.
I tak czekam w kolejce, ludzi cała masa. Organizatorzy postarali się i zorganizowali stolik i krzesła również dla osób, które będą do niej podchodzić. Stałam i obserwowałam. To co zobaczyłam, się nie odzobaczy- wszystko zostało zachowane głęboko w sercu. Podchodziły do aktorki osoby w różnym wieku- część z płytą, część po zdjęcie. To dla Kasi, to dla Artura. Każdego aktorka pytała czy to dla niego, czy w prezencie oraz ozdabiała malutkim rysunkiem. W pewnym momencie podeszła dziewczyna- na oko, w moim wieku. Usiadła, przytuliła, i podziękowała. Było to jej wielkie marzenie, które spełniła. Wymieniły ze sobą szeptem parę zdań, biedaczka dalej szlochała-odeszła szczęśliwa tuląc zeszyt do serca. Chwilę później podeszła kolejna kobieta, która podobnie się wzruszyła samym spotkaniem. Nachyliła się i szeptała coś do ucha Artystki. Ona przytakiwała, odpowiadała, trzymała za rękę i przytulała.

Dała wielu osobom to ciepło, którego tak bardzo każdy z nas potrzebuje. Zwykłego chwycenia za rękę, czy przytulenia. To tak nie wielki gest, a zarazem rzecz, której kupić nie można. Kolejny w kolejce był mężczyzna, lat ok. 30. Również szeptem się zwierzył, Ona wręcz go błogosławiła. Jego oczy szkliły się a odchodząc od stolika radość z niego wprost promieniowała. Dosłownie. 
Stałam, patrzyłam, nie dowierzałam! Co tu się wyprawia! A Pani Stanisława, tak zwyczajnie, dzieliła się swoim sercem.

I mnie udało się z nią zamienić parę zdań. Ledwo wypowiadałam cokolwiek bo i mnie oczy zachodziły łzami. Nie sądziłam, że kiedykolwiek znajdę się tak blisko tej wielkiej aktorki. Uścisnęła mnie za rękę. Rozmawiałyśmy o  wcześniej wspomnianym spektaklu- otrzymałam informację, że będzie to przedstawienie w Teatrze Telewizji. Co prawda nie lubię tej formy przedstawień, ale to z przyjemnością obejrzę. Tym razem będzie on miał dla mnie o wiele większą wartość.


To już kolejna impreza na Tarasach przy parku wodnym w Sopocie, którą odwiedziłam. Wcześniej omijałam to miejsce szerokim łukiem- siedzenie na wydarzeniu i marznięcie nie było moim spełnieniem marzeń. Nie mniej jednak ostatnio wymiatają, jeśli chodzi o dobór repertuaru- więc biorę koc i oglądam :)





poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Kabaret SMILE

Sobotni poranek- zero planów. Wakacje. Wszyscy wyjechali... Teatry w wakacje zamknięte. Nuda...Właśnie z powodu udało mi się stać szczęśliwą posiadaczką biletu na kabaret Smile.

Kabaret ten działa już wiele wiele lat na naszych scenach- w mojej opinii są w ścisłej czołówce. Pamiętam, gdy odkryłam ich na bodajże pierwszej Sopockiej Nocy Kabaretowej- śpiewali piosenkę o pierogach, byli moimi mistrzami! Kabaret i jedzenie- dwie najważniejsze rzeczy w życiu. Jednak wtedy był nieodpowiedni czas na naszą miłość- wszak byłam największą fanką innego kabaretu. 
W między czasie słynny kierowca Tira, Pan Stanisław, podróżował z nami w Nissanie Micra, w 5-osobowej ekipie, do Paryża. Nie pozwolił nam zasnąć, pomógł wrócić do domu, a i znaki na Kostrzyń mijaliśmy z wielkim uśmiechem. Później bardzo pozytywnie zwrócili na mnie swoją uwagę zbierając pieniądze na farbę, aby wymalować pewien ośrodek (mogę już źle pamiętać, ale cel był szczytny). Dziś, kiedy moja miłość jest bardziej podzielna, bez żadnego poczucia zdrady zasiadłam w 3 rzędzie i obserwowałam ich występ.

Mam wrażenie, że pierwszy skecz jest zawsze najtrudniejszy. Publiczność nie jest jeszcze rozgrzana, jest trochę skrępowana, właściwie to nie ma zamiaru zbytnio ujawniać się ze swoimi emocjami. Przez jakieś 10 sekund. Kabaret startuje od razu na pełnych obrotach, powodując, że wszelkie kremy przeciwzmarszczkowe w tej chwili zdają się na nic. Chłopaki mają nas już w garści- i nie odpuszczają. Wystartowali z wysokiego progu, ale nie lecieli wraz z kolejnymi skeczami w dół, niczym Adam Małysz na skoczni (czy młode pokolenie wie kim on jest?!). Każdy skecz był perłą. Widać, że program był przygotowany z głową, i był spójny. Bardzo mi się podobało to, że wiele skeczy było nieznane- właściwie prawie wszystkie. Mimo, że skecz typu "Merlin" bawi nawet obejrzany po raz setny tak samo- fajnie obejrzeć coś po raz pierwszy na żywo. Tak wiecie- z dumą po roku oglądasz ten skecz i mówisz:"taaa...ja już to widziałam w Sopocie. Słabe". 

Ci, co mnie znają, że dla mnie najciekawsze rzeczy są po spektaklu. Na scenie możemy podziwiać aktora w kreowanej przez siebie roli. Gdy zejdą do publiczności możemy poznać ich prawdziwą twarz. Byli naprawdę cierpliwi- to pierwsze, co ciśnie mi się na usta myśląc o tym skupisku ludzi przekrzykujących się w ich kierunku.Oczywiście pamiątkowe zdjęcie zrobiłam sobie i ja- i te parę wyrazów wymienionych z Panam ze Smile'a zachowam w sercu na zawsze. 

Mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia!