poniedziałek, 18 maja 2015

Mały Książę- końcówka

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 8/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Osobie, która potrzebuje w życiu czegoś więcej. Od siebie. Od życia. Od spektaklu

Zastanawiałam się dziś ile inscenizacji Małego Księcia widziałam, nie doliczyłam się. Było ich sporo...Wersje musicalowe, baletowe. Z dramatyczną spotkałam się po raz pierwszy, zdecydowanie nie ostatni.

Wchodząc na scenę kameralną nie ma kurtyny- widzimy zapiaszczoną scenę, łóżko szpitalne, kanapę i fortepian. Łóżko nie jest puste. Zajmuje je Starzec. Szukając swojego miejsca wśród rzędów krzeseł na publiczności od razu w oczy wpada las... budzików. Takich zwykłych, nakręcanych, tykających. Znajdowały się one co drugim/trzecim siedzeniem. Miejsce znalezione- na szczęście nie miałam zegarka pod sobą i nie musiałam się stresować, ze zostanę z nim wyciągnięta na scenę .Światła gasną, rozpoczyna się spektakl. 

Bardzo podobało mi się niesztampowe spojrzenie na tekst. Nie było podziału kwestii. Ktoś z książki pousuwał  informacje "zapytał Mały Książę", "stwierdził Lotnik", "zaszlochała Róża" zostawiając jedynie same mądre zdania wkładając je później w usta aktorów. Obsada wielopokoleniowa wskazywała na dorastanie małego księcia na naszych oczach, zamieniając co rusz aktorów na starszych. Jednocześnie ten domysł został obalony w momencie pojawienia się wszystkich męskich aktorów już w pierwszej scenie. 

Fabuła książki była zachowana, ale nie zawsze w tej kolejności jak została wydrukowana. Nie przeszkadzało to zupełnie. Pozwoliło otworzyć oczy i umysł trochę szerzej niż jedynie na zdania w tekście.

Czas na scenie (UWIELBIAM CZAS NA SCENIE <3) był mimo wszystko ułożony etapami życia, jednak nie był w tym kręgu zamknięty. Nie mieliśmy odczynienia jedynie z dzieckiem które dorasta mając po drodze pouczające przygody. Tu było coś więcej. Na scenie są wszyscy. Przez tłum przebiega dziecko żądając narysowania baranka. Chce tego z dziecięcym uporem od starca. Starzec leży w łóżku. Obok niego widzimy kaczkę, co sugeruje, że raczej do sprawnych staruszków nie należy. Dziecko jednak dalej chce baranka, krzyczy, prawie płacze. W końcu otrzymuje pudełko  z barankiem, jest prze szczęśliwe, po czym ciśnie tym pudełkiem w kąt (niczym standardowe dziecko które ma już wszystko).
Kolejny wybija się młodzieniec, który zaczyna zakochiwać się w Róży. I widzimy tu jak się do siebie zbliżają. Pokazują też jednoznacznie konsumpcyjne podejście do miłości- do tego stopnia, że w Róża została nazwana dziwką.

Starzec nie był lubiany. Był ciężarem dla innych. Niedołężny, powolny, już nie taki świeży, nie był atrakcyjny dla reszty towarzystwa, które na siłę z nim siedziało, ale nie udawało im się trzymać nerwów na wodzy. Był jednak wśród nich wyjątek. Dziecko, które widziało w nim dobrego, a przede wszystkim mądrego człowieka. Nie dziwnego, niepełnosprawnego, a potrafiącego rysować wspaniałe baranki i w dodatku zna się na jego hodowli! Mimo, że starzec odpowiada na jego pytania z niecierpliwością i pełnym zdenerwowaniem, jako jedyny podaje odpowiedzi ja jego pytania.
Prawdę powiedziawszy nie bardzo wyróżniał się na scenie Marek Richter. Może to właśnie oznaka dorosłości? Nie są już tak otwarci jak dzieci ani tak przebojowi jak młodzi ludzie? Są sztywni, chcą pokazać się, że są Ą-Ę przez co stają się niezauważalni?
Podróżowanie po planetach wplecione było w historie, nie było nazwane w prost "a teraz odwiedzam planetę taką a taką spotykam tego i tego". Nie było postaci Latarnika, Geografa etc. każdy znajdował w sobie te planety, w zależności od etapów życia bądź położenia w nim.
Starzec był Królem. Lubił dawać rozkazy z łóżka, chciał do końca zostać Panem- z poddanymi, czy bez- nie miało już znaczenia. Jedną z jego poddanych była właśnie Róża. Kobieta jego życia. Kobieta, która na jego rozkaz odeszła od niego. Później przyznał się do tego że pije.

Latarnikiem był młodzieniec. Swoją historię o rozpalaniu i gaszeniu opowiadał siedząc na fortepianie. Swoja nogę trzymał między nogami Reni i ją "rozpalał". Gdy dzień się kończył-kończył. Wszystko wg instrukcji, bo trzeba, bo nie wypada, bo jak inaczej? Oczywiście robił to dla siebie- nie myślał o innych (innej). Miał tego świadomość, nie umiał się jednak z tej rutyny i narzuconego rytmu życia zrezygnować. Był trybikiem, który nie potrafił postawić się przeciw systemowi.

Postać Pijaka pojawiłą się dwukrotnie. Najpierw z Latarnikowego młodzieńca wypłynęło wyznanie, że pije, żeby zapomnieć,że się wstydzi, że pije zaraz po tym jak wykonał swoją pracę wraz z Renią. Następnie do tego samego fragmentu powrócił starzec, który nie był w stanie pogodzić się z odejściem Róży od niego.

Słowa dzieci mają moc. Pewnie dlatego wszystkie mądrości na scenie sprzedaje nam MAŁY książę, bo działa to jakoś na naszą podświadomość. Dzieci są bezpośrednie i bazując właśnie na bezpośredniości dziecko podeszło do Róży i nazwało ją mamą. Róża wpadła w histerię. Zaczęła uderzać się w brzuch próbując pozbyć się dziecka. Płakała na fortepianie. Starzec siedział zasmucony inną opowieścią na wózku. Chłopiec chwycił mikrofon i zaczął śpiewać piosenkę, nazywając wcześniej starca swoim ojcem. Był przeszczęśliwy. 
To był moment niezwykle wzruszający moment. Ile się teraz słyszy, że to faceci karzą kobietom usuwać dzieci mimo, że one tego nie chcą. Chłopiec pierwszą zwrotkę kierował do wzruszonego ojca, drugą zaś do zrozpaczonej matki. Próbował ją przytulić, pocieszyć, przelać trochę ciepła ze swojego serca. Ta go jednak do końca odpychała, mimo jego wszelkich starań. 

Książę dorosły, to typowy bankier. Nic się tak nie liczy, jak kasa, cyferki i fakt posiadania. Nie dostrzega już drobiazgów i gdy młodzieniec opowiada mu, że dla niego jego Róża jest najważniejsza i z resztą jakoś sobie poradzą, ten go wyśmiewa.

Gdy tak Mały Książę biegał krzycząc "narysujesz mi baranka" ciągle miałam w głowie "ulepimy dziś bałwana"?:)

Końcówka... Starzec musi ruszyć przez pustynię, żeby dojść do studni. Róża zakłada mu buty,reszta pomaga przyodziać garnitur. Odchodzą. Zostaje tylko on. Nie jest smutny. Nie jest przestraszony. Można powiedzieć stał się bardziej ludzki a nawet zdziecinniał. Wziął patyk i podszedł do jednego z widzów prosząc z dziecięcym uśmiechem o narysowanie baranka. On posłusznie baranka narysował otwierając przy tym kolejną historię. Starzec był prze szczęśliwy. W ramach podziękowania i na pożegnanie powiedział tak:
"Gwiazdy dla ludzi mają różne znaczenie. Dla tych, którzy podróżują, są drogowskazami. Dla innych są tylko małymi światełkami. Dla uczonych są zagadnieniami. Dla mego Bankiera są złotem. Lecz wszystkie te gwiazdy milczą. Ty będziesz miał takie gwiazdy, jakich nie ma nikt.Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.A gdy się pocieszysz (zawsze się w końcu pocieszamy), będziesz zadowolony z tego, że mnie znałeś. Będziesz zawsze mym przyjacielem. Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną. Będziesz od czasu do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: "Gwiazdy zawsze pobudzają mnie do śmiechu". Pomyślą, że zwariowałeś. Zrobiłem ci brzydki figiel. Nie opuszczę cię."

Znika w ciemnym korytarzu.
Cała sala płacze, nawet na oklaski nie było sił. Owacja na stojąco, ale mimo oklasków bardzo milcząca.


Ale żeby nie było za idealnie, jeszcze było coś co mi przeszkadzało. Nie lubię chodzić do teatru MUZYCZNEGO na dramaty. Mimo, że spektakl bardzo mi się podobał, to w muzycznym, chcę muzyki. I tu się wylania kobieca natura- muzyka była, ale nie taka jaką bym chciała. Wyglądało to w przybliżeniu tak, że jest akkcja spektaklu, wstaje aktor, pstryka palcami, włączają się światła na scenie i śpiewa piosenkę łamanym angielskim do podkładu puszczonego z półplaybacku. Wyglądało to trochę, jakby ktoś zapauzował spektakl i zrobił przerwę na reklamę. Nie wyglądało to dobrze i, co najważniejsze, nie było potrzebne. Zatracało się rytm spektaklu, wytracało z wątków. Poza tym mieszkając w Polsce oczekuję jednak piosenek przetłumaczonych, o ile to nie zaburzy sensu spektaklu.
Naprawdę nie pamiętam kiedy tak bardzo płakałam w teatrze. Tak, że nie mogłam się wręcz uspokoić i nawet stojąc w kolejce po płaszcz musiałam w głowie wymyślać śmieszności, byle się uspokoić. Bardzo brakowało mi tego typu sztuk. Chyba jestem zmęczona wszystkimi wesołymi spektaklami o niczym i brakuje mi właśnie tych życiowych. To było dobrze zaplanowanie zakończenie sezonu teatralnego. A zarazem otwarcie- bo tak naprawdę to była najlepsza sztuka którą widziałam w sezonie 14/15. Wychodząc minęłam Dużego Księcia tego teatru. I wiecie co? Pierwszy raz pomyślałam, że uda mu się poprowadzić ten teatr.

środa, 15 kwietnia 2015

Mamma Mia

Dobra.. nie lubię Romy i od początku do spektaklu byłam uprzedzona. Bilet dostałam w prezencie w pakiecie z hotelem, żal nie pojechać więc..pojechałam.
Nie wiem od czego zacząć.. Nowego teatru czy nowego spektaklu.

Wchodząc właściwie zapomniałam, że w ogóle jakiś remont był. Szatnie te same, jedyna zmiana, to wystawka czekoladek Lindt'a którymi można było się częstować. Reszta bez jakichś poważnych zmian (pewnie po prostu odświeżone). Przed spektaklem do toalety się nie dostałam z powodu tradycyjnie panujących kolejek. Udalo mi sie tam przebić dopiero w przerwie. po prawej są 3 zlewy- wyczesane w kosmos. Czyli nie ot, jakiś tam zlew, tylko jakiś fikuśny, żeby i tym się mógł teatr chwalić. Zastanawiało mnie tylko, czemu wstawiają takie drogie zlewy w łazience. Ja rozumiem, że ze smakiem trzeba taką łazienkę zrobić, ale po co tak drogo i nie praktycznie (co mam zrobić z torebką?)..? Zagadka się później rozwiązuje. W przerwie biegiem do niej dotarłam więc czekam w króciutkiej kolejce do kabiny. Kabin jest chyba 8, więc o wiele więcej niż poprzednio. Nie śmierdzi szambem- też na plus. Kabiny są w kolorze czerwonym i trochę wyglądało to jak w burdelu- nie kojarzyło się z pewnością z eleganckim miejscem. Doczekałam się swojej prywatnej kabiny i tu dwa szoki. przede wszystkim zaskoczona byłam, ze jest w niej zlew! była to boczna kabina, więc tylko w niej jest taki luksus, ale to było  fajne i wygodne. Szokiem drugim i znacznie mniej przyjemnym było to, że mimo postawienia nowych kabin są ogromne szczeliny i będąc w intymnej sytuacji mogłam patrzeć kolejkowiczom prosto w oczy. Papier toaletowy najtańszy z najtańszych- czepiam się, wiem, tylko ten gówniany papier który się nawet nie kręcił za to kruszył się niemiłosiernie i to na moje czarne rajstopy. I wtedy zrozumiałam po co jest ten zlew- żeby te farfocle można było z rajstop jakoś usunąć. Mydła w piance też  nie ma. Wychodząc wpadłam wręcz na reklamowany zlew! <załącznik - mają zdjęcie toalety w necie!> Ooo tak! Roma nawet ma sponsorów zlewu. Idziemy dalej...

Wchodzimy w końcu przez kontrole biletów do głównego foyer- i pierwsze, co rzuca się w oczy to brak sklepiku na wprost. Został on przeniesiony na lewą stronę foyer. Na środku nie ma nic- prócz (w końcu) miejsca dla widzów. Pomiędzy tym właśnie nic a sklepikiem ulokowało się stoisko... Inglota! Tak więc przechodząc przez czekoladki Lindta, zlewy prezentowane przy toalecie i mijając  tegoż właśnie Inglota kończymy na paniach stewardessach z napisem LOT wpuszczających na salę. 
Jestem szczęśliwa! Już znam wszystkich sponsorów, i gdyby teatr się zawalił mogłabym umierać spokojnie w jego gruzach.


Spektakl.. Od czego tu zacząć... Zacznę pozytywnie- miejsca nie były tak okropne jak mi się wydawało. Był to rząd przed przed ostatni, widoczność była znośna (mimo, że aktorów nie rozpoznawałam czasem). Siedzenia nie trzeszczą! Miejsca na nogi wciąż brak, ale z racji zasiedzenia się, parę wymachów nad głową widza siedzącego przede mną jest wręcz wskazane.

Wyjątkowo nie jestem w stanie opisać każdej sceny, bo jak dla mnie zlewały się one w jedność. Były podobne, bez pomysłu i bez wyróżnienia poszczególnych etapów.

Zacznijmy od tego co się rzuca na pierwszy rzut oka- scenografia. Na scenie stało 6 ogromnych ledowych ekranów- które poza jednym nędznym greckim domkiem były całą scenografią. Nie chcę być źle zrozumiana. Nie chodzi o to, że wymagam bóg wie jakiej scenografii. Ale jak idę do teatru, to chcę się poczuć jak w teatrze. Chcę się domyślać, że "ta drabina to schody do nieba,ata miska nad schodami to księżyc". Byłam za to rażona cały czas światłem i chyba jednak dobrze, ze nie był to pierwszy rząd. Tak czy inaczej- był żyrandol, inteligentne platformy, deszcz w trakcie spektaklu  nie mogło zabraknąć "gwiazdy" tego spektaklu.

Wiadomo, że Roma od jakiegoś czasu puszcza reklamy,i za jakiś czas będzie można się spokojnie spóźnić pół godziny, żeby ich uniknąć. Niby miało być zabawnie,niby bez reklamy, ale nie wyszło.
Więc tak. Słyszymy uwerturę. Pojawia się reklama, gdzie najpierw do kasy LOTU podbiegają aktorzy ROMY i kupują bilet na LOT. Wsiadają do samolotu LOTuoznaczonego logie spektaklu. Kto jest kapitanem? Oczywiście Kępczyński! Można było też wypatrzeć tłumacza, dyrygenta i choreografa. Pewnie jeszcze ktoś by się tam znalazł, ale trochę pozmieniały się tam twarze więc więcej nie wyłapałam. Następnie mamy ujęcie, gdzie po locie LOTem aktorzy biegną weseli na scenę. Publiczność jest wstępnie rozgrzana i gotowa do dobrej zabawy i...
  • Marzenie mam (Prologue/I Have a Dream) - piosenka ładna i ponoć jedna z najtrudniejszych piosenek ABBY. Tylko ten spokój i cisza morza śródziemnego ogromnie się zderzyly z nadmiarem energii i ADHD prezentowanym przed rozpoczęciem i sami sobie tym zaszkodzili. Ja miałam ogromną trudność, by wejść w ten spektakl. Poza tym spokoju mi nie dawało to, że na scenie prawdopodobnie nie stała aktorka, która miała grać Sophie. I tu przeszkodą był ten przedprzedostatni rząd bo dopiero po jakimś czasie miałam pewność, że obsada uległa zmianie i grała ją Paulina Łaba (Józia z chłopów).
  • Honey, Honey - Tu poznajemy druhny- przyjaciółki Sophie. Dwie stare przyjaciółki. I nie chodzi tu o wiek aktorek tylko one poprostu wyglądały jak stare ciotki, zero młodości witalności i seksapealu. Była tylko bardzo wymyszona radość na widok przyszłej panny młodej. Czułam, że jest bardzo źle...  Przede wszystkim strasznie mnie denerwowało, że "honey. honey" nie zostało przetlumaczone. Ok- nie zawsze można znaleźć odpowiednie tłumaczenie, jednak trochę wysiłku i chyba da się coś wymyślić.Dodatkowo aktorka cały czas śpiewała "hany hany" tak bardzo twardo, że aż marzyłam,żeby skończyła śpiewać, lub, żeby zmienili tłumaczenie. Zastanawiałam się też, jak przetłumaczą "dot, dot, dot", przetłumaczone było na "ten tego". Było to bardziej dosłowne niż trzykropek, już nie mówiąc o "dawcy nasienia" który dwa razy został wspomniany w tym utworze. Ale ludziom się podobało.
  • Kasa, kasa, kasa (Money, Money, Money)- na scenie pojawia się Donna i jak się później okazuje jako jedyna osoba która zgadza się z wyświetlaną obsadą. Powiem tak. Anna Sroka uwiodła mnie swoją interpretacją piosenek Młynarskiego i bylam przeszczęśliwa, gdy okazało się, że będzie w mojej obsadzie. Pięknie zaśpiewane doły, wyciągnięte góry plus jakaśtam dynamika na scenie (któej mimo 22 osób na scenie w scenach zbiorwych ciągle brakowało). Byłam nią zachwycona! 
  • Dzięki za muzykę (Thank You for the Music) - poznajemy ojców. Nie ma Rozmusa- a miał być. Nie ma Bzdawki- a miał być. Jedno się nie zmieniło. Mój największy teatralny koszmar pojawił się na scenie- oto on! Dariusz Kordek! Czy tylko ja mam ciary na ciele jak wymawiam to nazwisko?! 
  • Mamma Mia- bez komentarza "eh Ty, znowu tracę głowę". JAK MOŻNA TO TAK PRZETŁUMACZYĆ!!!! 
  • Chiquitita - nie wiele pamiętam ze spektaklu londyńskiego- niestety też nie pospisywałam nic więc nie mam do czego się odnieść. Pamiętam jednak, ze na tej piosence płakałam ze śmiechu. Przyjaciółki były przegenialne, zabawne. Okazało się, że śmieszne sceny ciężko zrobić i to była totalna klapa. Nawet szkoda słów, zeby to opisać..
  • Dancing Queen- nie było czego zbierać...Czy jest bardziej wciągająca i pociągająca za sobą tłumy piosenka? Okazało się, ze jednak jest- bo ta z pewnością nie była. Śpiewana przez Dynamitki, które miały udawać, że sa stare i nie potrafią śpiewać i się ruszać. Wyglądało to torochę jak akademia w domu starców i ja tam nic zabawnego nie słyszałam. 
  • Mnie całą miłość daj (Lay All Your Love on Me)- było coś takiego w ogóle???
  • Super-Trouper (Super Trouper) 
  • Daj mi, daj mi, daj mi! (Gimme! Gimme! Gimme! (A Man After Midnight))
  • Jaka to gra (The Name of the Game) - tego też nie kojarzę...
  • Voulez-Vous
  • Entr'acte
  • To atak jest (Under Attack) - Na scenę wchodzi Donna i.. coś jest nie tak. Jaśniejsze włosy? Inna fryzura? Czekam aż się odezwie, ponieważ wizualnie moje miejsce nie pozwoliło dostrzec jej rysów twarzy i.. zmieniona obsada! Strasznie mnie zżera ciekawość co to się stało, ze do tego doszło. Na scenie "tamta" Donna radziła sobie najlepiej z całego zespołu. Momentalnie rozwiały się moje wątpliwości, jak ewentualnie Alicja Piotrowska poradziłaby sobie w tej roli, ponieważ nowa Donna (Anna Sztejner) jest bardzo zbliżona do niej. Ostre rysy twarzy, trochę nosowy głos i ta oschłość wobec wszystkich...Już wiem,że jedyna i słuszna Donna własnie zeszła ze sceny, a spektakl toczy sie na dno.
  • Jedno z nas (One of Us)
  • S.O.S
  • Czy mamusia wie? (Does Your Mother Know) 
  • Ja to wiem, ty to znasz (Knowing Me, Knowing You)
  • Nasze lato (Our Last Summer) 
  • Tak mi się wymyka (Slipping Through My Fingers) Powiedzmy sobie szczerze- w spektaklu/filmie jest to chyba najpiękniejsza i najbardziej wzruszająca piosenka. Tu zupełnie bez pomysłu. Może jestem niesprawiedliwa, ale po zmianie Donny na Annę  Sztejner ta piosenka nie mogła się udać. Kiedy ona siedziała na tak smutno patrzyła na jasno oświetloną córkę w białej koszulce/sukni- miałam tylko jedno łączone skojarzenie. Fragment z nędzników gdy własnie ta aktorka śpiewa "czy kto widział jak się ścieli trup" połączonego z wizją Fantine tuż przed jej śmiercią. Na litość Boską! Przecież wiadomo, że bialym światłem oświetla się trupy!!!!! I o ile samo skojarzenie z aktorką/ starą postacią jest moje i załóżmy, że to już takie moje zboczenie, to choć podstawy "reżyserii świateł w weekend" mogłyby być przestudiowane.
  • Zwycięzca bierze bank (ja nie mogę... kto tłumaczył!) (The Winner Takes It All). Pamiętam moment, kiedy to Maciej Korwin powiedział, że Gdynia dostanie Mamma Mię. Bardzo się wtedy ucieszyłam, ze usłyszę tę właśnie piosenkę ponownie w Gdyńskim tłumaczeniu i wykonaniu. Gdynia praw autorskich (na szczęście chyba) nie otrzymała i piosenka na którą tak czekałam okazała się największym rozczarowaniem
  • Zaryzykuj mnie (Take a Chance on Me) 
  • O tak, o tak, o tak (I Do, I Do, I Do, I Do, I Do)- ślub jak ślub. Ale Wojciech Socha chyba będzie już do końca swojego życia obsadzany w roli kapłanów. Czekałam aż zacznie śpiewać "wejdź mój gościu boś strudzony"
  • Marzenie mam repryza(I Have a Dream)- po pierwsze dawno nie cieszyłam się słysząc jakikolwiek utwór. Oznaczał on tak wiele- nareszcie koniec! Sophie stała na tle zachodzącego słońca i morza. Odchodziła wraz  ze Sky'em hen hen daleko. A ja miałam w głowie jedno jedyne skojarzenie- Miss Saigon kiedy to Kasia Łaska odchodziła w ramionach wójka Sama. Odpłyneli łódką i "narki barki" KONIEC! Chociaż nie!!! To aurat mnie rozśmieszyło. Kiedy odpływają łódką miałąm drugie skojarzenie- ze zaraz usłyszę chór snielski śpiewający "to onn to upiór tej opery".
Koniec ostateczny. Oklaski, owacja na stojąco. Bardzo dobrze- nie rzucaliśmy się w oczy nie oddając ani jednego oklaska i wymykając się w stronę wyjścia. Całe szczęście- były później śpiewane 3 piosenki na bis, których udało nam się uniknąć.

Nie ma opcji, zeby to dokładnie opisać, bo wszystko można ująć w zdaniu "stoi domek na inteligentnych platformach, czasem się obraca, słaba choreografia. 
Brak dynamiki akcji. Fabuły się nie czepiam, bo umówmy się i w filmie nie była ona porywająca, i tylko Meryll  to ładnie trzymała. Niestety nie ma ona polskich korzeni i może stąd ta klapa. Moze nie wszstko da się pokazać na scenie? Może to syndrom "skrzypka na dachu"- znasz film tak dobrze, ze każda zmiana i inny gest kują prosto w serce? Nie wiem.
Do samego teatru warto dodać, ze na sali coś się zmieniło z akustyką (może nowy sprzęt zakupiony?). Może to też kwestia miejsc, chociaż wątpię, bo parę razy zdarzyło mi się dalej siedzieć i nie narzekałam akurat na dźwięk. Tutaj brzmiało wszystko o wiele za głośno ale przede wszystkim miałam wrażenie, ze to playback, a w najlepszej opcji pół. Orkiestron niby był, ale brzmiało to jeszcze gorzej niż okrojeni Nędznicy. To, że śpiewają na żywo wiedziałam. Ale tak naprawdę do pokazania dyrygenta nie miałam pewności, czy to na pewno nie jest puszczone z płyty. Serio, było tragicznie.  Cokolwiek oni tam zrobili, powinni to zmienić. 

Nie pierwszy raz z tym spektaklem spotkałam się na scenie i mimo, że Londyńska wersja totalnie nie przypadła mi do gustu to Romie udało się zdecydowanie wystawić o wiele bardziej badziewną i tandetną wersję.
Z wielkim niedowierzeniem wspominałam czasy jechania do tego samego teatru na dwa Nędznikowe spektakle pod rząd. Teatr ten sam. Obsada zbliżona. Ale coś jest nie tak...
Swoją droga w Warszawie panuje moda na dawanie obsłudze w szatni napiwków. Każdy trzyma numerek a na nim monetę bądź banknot! Wiem, że w Romie takie rzeczy były wręcz wymuszane na widzach, ale żeby w innych też tak było? Oby do muzycznego ta moda za szybko nie dotarła ;)
Wkurza mnie, ze widowni wystarczy, że leci znany utwór i już im się zaczyna podobać. Ja wiem, ze najbardziej lubimy to co znamy. Ale płacąc 120 zł za miejsce przedprzedostatnie oczekuję czegoś więcej.Prezentacji piosenek w taki sposób, że szczęka mi opadnie albo polecą łzy śmiechu. Ale na innych wrażenie robiło.

poniedziałek, 20 października 2014

Klub hipochondryków- Teatr Syrena

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 10/10

Komu polecam?
Każdemu, nie zależnie od wieku i rodzaju poczucia humoru. Zawsze jak nie będzie śmieszyć, można popatrzeć na sławnych aktorów :)

Tym razem spektakl gościnny. Nie często jestem gościem takich spektakli, więc musi być to wyjątkowy tytuł dla którego zdecyduję się pójść. Tu nie było żadnego wahania, gdyż spektakl widziałam i uśmiałam się do łez. Widziałam jednak w teatrze macierzystym, w Warszawie. Z doświadczenia wiem, że niestety takie spektakle tracą wiele pod każdym kątem, bo nijak tu się maja rady reżyserskie "tu zrobisz 5 kroków" gdy nasza scena jest w porównaniu z innymi przeogromna. Trzeba robić kroki przeogromne i tak samo grać ciałem. Bez przerysowania, na takiej scenie się zanika. O dziwo okazało się, ze scenografia prawie idealnie pasuje do wielkości naszej sceny (trzeba było użyć małych czarnych kotar, ale nie były jakichś szalonych wielkości) co właściwie pomogło zdecydowanie aktorom grać w wyuczony sposób. Spektakl jest już grany ponad 10 lat, więc myślę, że można tu mówić o lekkiej rutynie. 

W pierwszym akcie widzimy trzech głównych bohaterów: Leo (Zamachowski), Toma (Polk) i Kena (Malajkat)- to ostatnie imię tylko mi się z jednym Kenem kojarzyło.  można nazwać tak bohatera spektaklu, który niczym TEGO nie przypomina?!

Akcja dzieje się w 40 urodziny Leo (co tu dużo kryć, geja). Ken już ma ten dzień za sobą i wie co ten wiek oznacza, więc właściwie nie rozstaje się z atlasem chorób stwierdzając u siebie najcięższe przypadki. Tom, młodszy brat Leo, tak jak jego młodszość na to wskazuje 40 urodzin nie miał jeszcze, więc tryska energią a w pudełeczku z lekami, które posiada każdy z panów, posiada porządny zapas prezerwatyw. 

Po krótce akcja przebiega w ten sposób, że Tom odbiera z pralni garnitury, które miały być wyczyszczone na ten wielki dzień. Przynosząc je, okazuje się, że jeden garnitur nie należy do Leo, a jemu za to brakuje ulubionego BŁAWATKOWEGO koloru. <chyba nie jestem gejem, bo ni cholery nie wiem jaki to bławatkowy- Zamach tłumaczyl że błękitno groszkowy>. W poszukiwaniu paragonu z pralni panowie wyciągają jakiś wyprany kwit z nie-ich gajerka i wyrzucają do kosza. Dzwonią do pralni, żądając zamiany ubrań. Po dyskusji, czy papier ma być wieszany w stronę ściany czy odwrotnie, Tom stwierdza, że jednak źle się czuje I musi zmierzyć temperaturę. Ken wyjawia, że stłukł rano termometr. I tu przecudowny Zamachowski, który rozmawia z kuleczkami rtęci i je delikatnie zbiera, zapraszając serdecznie do przejścia z tego złego dywanu na przecudowną szufeleczkę.* Miliony różnych śmiesznych scen, po których wpada kobieta (jak się później okazuje żona Kena. Była żona, uściślając). Zastaje go w nietypowej pozycji dla jego orientacji (dla orientacji Leo pozycja bardzo na miejscu). Mdleje. Koniec części pierwszej.

Drugą część rozpoczyna cucenie Pam. Przegenialny Malajkat który uderzał ją nie uderzajac, ale nie używał również drugiej ręki do wydania dźwięku plaskania o twarz. Pam się budzi i zaczyna do niej dochodzić, że jej były mąż jest w związku a właściwie w trójkącie. Tom od razu się miga od tego i zbiegiem okoliczności Pam bierze go z Księdza. I właściwie do końca spektaklu gania go, sałuje w szalik, czy jak siędzie to klęka, zeby się wyspowiadać. Fascynują go również jego podopieczne któe wydzwaniaja, pytając się kiedy do nich przyjedzie na "spowiedź". I w tym momencie wchodzi Pan z pralni, który panem z pralni nie jest ponieważ ma broń. Grozi mężczyznom, że mszą mu oddać jego garnitur ponieważ cośtam ważnego ma. Okazuje się ze w garniturze nic nie ma więc coraz bardziej rozwścieczony wymierza do mężczyzn. Udaje się Pam go pokonać wiedzą, czyli przepaśną encyklopedią. I nie zabiła ona ze strachu. Była wściekła, gdy okazało się, ze to jej partner, który uciekł ze wszystkimi pieniędzmi. Ken gdy dowiedzial się, że nie dostanie nic z mieszkania którym miał się dzielić z żoną popadł w rozpacz.
"wiecie Yle było warte?"- zapytał Ken
"Yle" odpowiedzieli równym głosem koledzy Kena po czym wszyscy staneli jak wryci i parsknęli śmiechem. Malajkat caly czerwony stal nieruchomo. Polk miał o tyle fajną rolę, że i tak chodził i się chichrał więc teraz robił to naprawdę szczerze. Za to Zamachowski nie udawał, że tak miało być i jak zobaczył, ze Malajkat po raz 3 podejmuje próbę powiedzenie "że mieszkanie było warte majątek" stanął i pokazał znak czasu, tak jak na boisku. Czy musze mówić jak bardzo to uwielbiam?:D
Dalej wpadł na imprezkę Ben, były partner Leo. Leo jest w kuchni, Ben łamie nogę, więc ratuje go nasz gangster który w między czasie okazuje się być lekarzem plastykiem który robił operację właśnie Benowi. Okazuje się, ze pieniędzy potrzebował na sprawy przeciwko nie udanym operacjom. Malajkat zaczyna się pakować,ponieważ wraz z pojawieniem sie Bena nie ma już dla niego miejsca. Bierze ze sobą narty, które są dokładnie wzrostu Zamachowskiego. I cały czas chodził za nim, ku uciesze kolegów ipokazywał im, że ten koniuszek co się zawija na końcu nart, jestidealnie wpasowany w jego głowę. Zamachnie widział(lub dobrze udawał), że coś się za nim dzieje, ale Malajkat z Benem wpadli w taką głupawkę, że ben musiał zasłonić się bluzą którą miał, a Malajkat stanąć tyłem do publiczności, próbując powstrzymać konwulsje. Gangster znika w kuchni, za to pojawia się kolejna bohaterka. Przychodzi dziewczyna, która jak się okazuje ma dziecko z Tomem/Księdzem. Jak jest Marta Walesiak na scenie wszystko wokół ginie. Nie ważna akcja... No dobra. Oczywiście okazuje sie, że jest córką tego gangstero/chirurga.

Później już mamy tylko epilog a w nim 40 urodziny Toma, który wraz z tym dniem zdziadział i choruje na wiele groźnych chorób. Leo zaś dostaje prezent o którym marzył. Oczywiście w między czasie zapomina o czym marzył (skąd ja to znam...;))ale docenia działania przyjaciela i przyjmuje od niego prezent- występy estradowe. Na koniec mężczyźni wykonują piosenkę o 40tce. Ot taka,ani porywająca ani zła.


* Widząc spektakl po raz pierwszy była tutaj piękna dyskusja o rtęci. Nie zacytuję, bo nie ma takiej możliwości, jednak to była scena na którą czekałam. I się nie doczekałam. Właściwie byłam pewna, że grają jakąś marną wersję skróconą, o najlepszy moment w spektaklu. To dziś jak słyszę słowo "rtęć" uśmiecham się, bo widzę tę scenę. Ale już jej nigdy nie zobaczę:(

**Był jeszcze moment (niestety nie pamiętam gdzie, gdy Zamachowski grając geja grał, że gra, że nie jest gejem. Wyszło mu to przecudownie! Uwielbiam go na scenie!

Przy zmianach scen było użyte nasze nagłośnienie z naszą burzą. Mamy bardzo dobra nagłośnienie, które powodowało równe podskoczenie wszystkich z foteli. Niestety po takim hałasie ciężko było z powrotem wsłuchać się co mówią aktorzy, ponieważ nasze bębenki musiały się na nowo przestawić właściwie na szept patrząc na tę amplitudę (jupijajoł! Całe życie czekałam, aż mi się fizyka do czegoś w życiu przyda! Już wiem czemu wielcy mówcy kończyli nauki ścisłe!!!)

Zdecydowanie spektakl mi się podobał i polecam go na którejkolwiek ze scen.Mamy do czynienia z wielkimi aktorami, którzy nie dają nam odczuć, że grają w nie swoich warunkach. Wpadki się zdarzają mimo upływu lat, a to tylko dowód na to, że spektakl żyje. I ma się dobrze. 140 złotych które wydałam- nie poszły na marne!

niedziela, 19 października 2014

THIS IS NOT A LOVE SONG, CZYLI MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYPACZY, Teatr Muzyczny Gdynia, P. Wyszomirski

SPEKTAKL: 5/10
REŻYSERIA: 3/10
SCENOGRAFIA: -

Komu polecam?
Miłośnikom teatru Offowego.

Dawno nie byłam tak w kropce. Bo z Jekylla od razu przynajmniej potrafiłam wyjść i powiedzieć "nie. mi się nie podobało."<co później okazało się właściwie kłamstwem>. A tu jest ogromny problem. Obsada cudowna! Właściwie w tym momencie to mój ulubiony duet aktorski. Jednak brak powiązań między scenami i nic niewynikanie z nich to coś czego nie cierpię. Do tego dużo przerw między nimi- powód kolejny. Chyba to jest właśnie ten spektakl, który trzeba pójść i ocenić. Do końca nie pamiętałąm o czym miał być ten spektakl. Oglądało się"skecze" i nie myślało za bardzo globalnie. 

Początek był mocny. Przy pianinie zasiadł K, R za to weszla wejściem między publicznością w żołnierskim hełmie (takim samym jaki miał Berger w Hair i aż się zastanawiałam czy to nie są jakieś nasze pozostałości). Szła z zawieszonym na sobie werblu. Wchodząc zostawiła mężczyźnie coś na nogach w barwach biało- czerwonych  Z żołnierskim wyczuciem rytmu uderzała w instrument maszerując i śpiewając. Śpiewała zwrotkę Maanam- Kocham Cię, kochanie moje. Musiała przy tym zdzierżyć krzyki swojego jak się okazało rosyjskiego akompaniatora, który pilnował rytmu i czasem urozmaicał teksty piosenek jakimś wykpieniem. I dochodząc do refrenu zmieniało się wszystko. Scena się wyciemniała, zostawała nasza żołnierka śpiwając to mężczyzny któremu powierzyła flagę.Śpiewała do Polski z typowym Reniowym śpiewem na skraju płaczu. Było to coś w rodzaju "Ameryko" z Tanga, gdzie na refren wszystko zamierało.
/ Taak.. właśnie w tym momencie spektaklu uświadomiłam, że był taki, zajebisty spektakl. Którego też już nie ma. /
W kolejnej zwrotce Renia zmieniła rytm wybijany na werblu, ale większość została bez zmian. Jednak pod koniec refrenu nasz akompaniator się uniósł i podszedł do niej. Kazał podejść do pani z widowni. Musiała ją przytulić, bardzo mocno przytulić. I taka zapłakana wykonywała tę czynność. Następnie dostałą rozkaz pocałowania jej- więc pocałowala w ramię. Na koniec kazał  jej pocałować ją w czoło, a gdy ta to uczyniła- powiedział, że gdyby kochała Polskę, nie całowałaby kobiety. 
I tutaj zagadkaaaaa: kto był tą kobietą? :DDDDD
I wiecie co Wam powiem (bo wiem, że mam dwóch czytelników^^)? byłam zaskoczona, szalenie zaskoczona jej poziomem aktorskim. W ogóle przytulając ją nie czułam takiego napięcia międzymięśniowego. W ogóle przytuliła mnie, krzyczała, darła się, ale w objęciu była taka...spokojna. Na koniec tej części Renia zabrała w końcu flagę z ogromną czułością od mężczyzny, powiesiła za trzy żabki właściwie jak firankę i tak w tle nam towarzyszyła do końca. Wieszając ją mówiła do niej- jak matka do dziecka. Z czułością i spokojem tłumaczyła, ze tu będzie sobie tak wisiała a ona zaraz wróci. 

Karnawał w Rio, czyli "Nie pytaj o Polskę" Republiki. Piosenka co najmniej dziwna. Wychodzi na scenę duet aktorów w Riowskich pióropuszach śpiewając w rytm wystukiwanych na djembie "dla pieniędzy". I w ogóle nie mogłam się ogarnąć w tej piosence, ponieważ tak głośno walili w te bębny, że myślałam, że już nigdy nie skończą już nie mówiąc o tym, że po prostu nic nie słyszałam z tekstu. Była w związku z tym za długa i za nudna. Choć przyznam, że robiło na mnie wrażenie umiejętność gry na tym wszystkim co tam mieli :)

Wesele. Stoi sobie Renia w cylindrze, Krzysztof w Welonie i wymuszają na nas zaśpiewanie "sto lat". mi się bardziej cisnęło "weselny klimat", ale publiczność trochę przymuszona odśpiewała jak przykazali. "Teraz już wiem"- Agnieszki Chylińskiej, było zaśpiewane właśnie w takim klimacie, w rytm regee. Renia przygrywała dalej na Djembie, Krzysztof tym razem sięgnął po Weltmastera. Śmiesznie wyglądały odwrócone role i... orgazmy odegrane na instrumentach- ponieważ Para Młoda postanowiła skonsumować związek po ślubie. 

Irlandia- Kobranocki(?) Tu sama nie wiem. Czuje, że za bardzo mnie to przerosło. Albo za bardzo lubię oryginał? Nie wiem. O piosence się nie wypowiem. Ale pod koniec Renia w dłoniach cośtam wyciska i ma sztuczna krew na nich. I nie wiem w jakiej formie to coś miała w dłoniach, jednak gdy tak ekspresyjnie otworzyła dłonie wypadł z nich taki..glut. I leży sobie taki zakrwawiony glut. Renia ręce wyciera w komżę, a glut leży. i mnie bardzo drażnił, bo bałam się, że ktoś się na nim przewróci. Na szczęście przewidzieli to, więc na koniec renia zdejmuje bluzkę i krew w pośpiechu wyciera. Krew tak..ale glut jest glut. I został tak do końca. Ale nie wiem jak jest skonstruowana taka krew, ponieważ gdy Renia wytarła ręce nie było nic na dłoniah widać. Nawet lekkiego czerwonego pigmentu. A nie schodzili ze sceny, mogła wytrzec tylko ręce tyle, co na scenie. Ręce miała czyste. A glut leżał.

"Jednego serca"- Czesłąw Niemen- przeuroczo zafałszowane. Tak a'la "In L.A." w Fame. Nie pamiętam niestety nic więcej prócz tego, że tak podobnie zaśpiewała.

Rockowa Kapela- "Córeczko, wolałabym, żebyś była chłopcem"- tą piosenką budziła mnie mama zawsze do przedszkola, więc jakiś tam sentyment pozostał. Tym razem Renia rozczochrała włosy a Krzysztof zaś, włosy przyodział. Tak samo założyli skórzane marynarki, K miał tę z Grease T-birds :D. Nie bardzo jest się o czym wypowiadać...

Walka fortepianowa- Tu generalnie mogliśmy poobserwować jakimi wirtuozami są nasi aktorzy ponieważ rewelacyjnie sobie razili z grą na fortepianach. I najpierw jeden grał, później drugi kolejny utwór. I było tam parę utworów z mojej nieśmiertelnej czarnej Yamahy, i tak mi się miło zrobiło. Oczywiście to po prostu jakieś utwory klasyczne, ale mimo znajomości tych tytułów, zostaną one utworami z Yamahy. Brzmi trochę nudno ten cały opis, ale zdecydowanie nie było to nudne, gdy można było obserwować jeszcze ich mimową grę aktorską. Fajnym elementem było również zagranie przez Renię piosenki ludowej, kiedy już nie mogła wymyślić coby tu jeszcze zagrać.

Następnie płynnie z "love story" przeszli dodając po kolei, stopniowo po parę nut dochodząc do "Łono" z Domowych Melodii. Pierwszy raz piosenkę słyszałam, ale był to przepiękny utwór w wykonaniu Krzysztofa. Chyba osoby o imieniu Krzysztof powinny z założenia być zatrudniane w Muzycznym, bo są genialne. I od smutnej melodii, dzięki pocieszaniu Reni w refrenie udało się Krzystofowi rozweselić.

Kolejna piosenka również Domowych Melodii- "Chłopak" była piosenką która przeniosła mnie w czasie, do czasów Footlosa (ze względu na tytuł chyba) ale Renia również śpiewała na haju, i przypomniałam sobie Renię, którą pokochałam.  Była już blisko krzyknięcia, że w L.A.spełniają się sny. Piosenka właśnie w takim klimacie- tu wesoła w refrenach, pełno brokatu i wszyscy szczęśliwi, a w zwrotce podniecenie całe opada i wszystko na skraju załamania. Cudowne- i to jest piosenka na którą poszłabym jeszcze z 50 razy. Dawno nie widziałam Reni takiej po prostu szczęśliwej na scenie- a taką ją loffciam całym serduszkiem.

Love will tear us apart- piosenka po angielsku, więc właściwie nikt nie skupia się na tekście i oczekuje po prostu czegoś "łał". Krzysztof siedzi przy fortepianie dalej, Renia śpiewa, wkracza później w publiczność, i nikt jej nie widzi. Siedząc w pierwszym rzędzie nie byłam w stanie nawet zobaczyć czy po prostu siedzi sobie na schodkach i śpiewa, czy np.do kogoś gra. Później stało się coś gorszego-Renia wzięła drugi mikrofon, do ręki. Pierwszy co prawda pozostał w statywie, ale nie mogło to oznaczać niczego dobrego. Zamarłam. Piosenka byla tak mega spokojna, ze żaden głos z tłumu Cię nie uratuje. Później z tego spokoju weszliśmy  w Gospel- i oczywiście było "razem!", "jeszcze raz", "a teraz na głosy", "poproszę światło na widownię". Siedziałam nieruchomo, jak w momencie, gdy liczyłam, że siedząc w ten sposób Ostrowski mnie nie zobaczy w aucie. Nie zobaczył (bo nie był to on, ale to naprawdę szczegół w tym momencie)- więc działa. Renia miała twardy orzech do zgryzienia, bo publiczność była bardzo oporna- wcześniej nie wszyscy klaskali, więc nie było najlepiej. Na szczęście Renia to Renia i udało jej się wszystkich rozruszać. Właściwie nawet ludzie, którzy z trudem tupali nogą nagle otwierali usta najszerzej jak potrafili. Aha! I okazało się, że mikrofon "ręczny" i na statywie były ustawione na różny rodzaj śpiewania. Ten na statywie Rozdzielał głos Reni na parę głosów, więc zamykając oczy widzieliśmy trzy grube murzynki śpiewające gospel. Wyszło wspaniale, tak jak na koncertach Gospelowych albo nawet i lepiej :)


Piosenka żebraków- Jesteś lekiem na całe zło- Krystyny Prońko. Przez gospel wzlecieliśmy do gwiazd tylko po to, żeby tak boleśnie spać na ziemię. Ale od początku. Na scenie widzimy dwóch robotniko/żebraków. Renia na schodkach stawia metalowy kubeczek i czeka, aż ktoś wrzuci monety. Na słuch wie, że nie wiele jest wrzucone (bo papierowe tak nie stukają), więc czeka aż uzbiera się pokaźniejsza sumka.  Postanawiają zaczęć grać, żeby w końcu coś uzbierać, Krzysztof na akordeonie, Renia na małym akordeonie, podobnym trochę do heligonki, ale heligonka to nie była. Wraz z rozpoczęciem piosenki skończyła się właściwie cała komediowość tej scenki, mimo że "podkład" był grany zupełnie inaczej, coś a'la Ameliai początkowo wpisywał uśmiech na twarz. Piosenka o tragicznej miłości właściwie. Najpierw ON jest cudowny, najlepszy lek na całe zło. W drugiej zwrotce zaczyna się wszystko odwracać, mimo, że tekstnie uległ zmianie ani trochę. Samo aktorskie ogranie tego bylo po prostu świetnie dopracowane. Wszystko zmienia się w ironię. "Oto cały Ty" wyśpiewane w refrenie wręcz z obrzydzeniem do jego postaci. Wszystko jeszcze podsyca glupkowaty śmiech Krzysztofa, któremu miałam ochotę tak przyjebać, żeby się zamknął i ją w końcu zostawił, bo mnie wkurwiał na maksa i czułąm, że muszę ją obronić. Im bardziej piosenka się kończyła tym mniej siły miała w sobie Renia, śpiewając coraz bardziej zachrypniętym głosem, coraz ciszej, nie w rytmie, aż w końcu opuszczała wyrazy. Na koniec wraz z akordeonem śpiewali zwykłe "la la la" z tym, że Krzysztof dalej się przy tym wydurniał, a Renia resztką sił kończyłą tę piosenkę. I tu tak samo jak z "seksem dla opornych" wszyscy widzieli w tym świetną farsę a ja skrywałam swoje łzy i miałam ochotę zabrać ją do lepszego świata, bez tych wszystkich debili.

Zmiana sceny, i tak samo, gdy na Lalce rozlegają się oklaski, ja nie czułam się na kolejną część gotowa. Kolejnym utworem było "Je t'aime moi non plus" początkowo grane tradycyjnie na elektrycznych organach przy których usiadł Krzysztof. Miał przed sobą na statywie mikrofon, który nie chciał współpracować. Co miał przerwę i mógł go ręką do siebie jednak przybliżyć, ten jakby był ciągnięty za żyłkę obracał się o 180 stopni i nie mial zamiaru mu służyć. W końcu oparł go sobie między brodą a nosem i w momencie gdy Renia śpiewała- on tak z tym mikrofonem w raczej nie wygodnej pozycji, wisiał. Pozwoliła mi to zapomnieć o poprzedniej piosence bardzo szybko.. Piosenka okazała się nie typowa- o ile która kolwiek mogłaby być uznana za typową- to ta była najdalej od oryginału. BYła bowiem śpiewana w języku kaszubskim. I tutaj wychodzi moja słąba znajomość Kaszubskiej kultury ponieważ nie wiem do kogo (czego) śpiewała Renia. To było coś jej wzrostu. Na brzuchy miało coś ala skrzypce, dwie struny ze sznurka, twarz, kapelusz i jakieś dzyndzelki. I Renia śpiewała piosenkę do niego właśnie.W końcu do głosu dochodzi mężczyzna. A głosowi mężczyzny pomogła pani zza kulis, która przytrzymywała K. mikrofon. Coś chyba jeszcze poszło nie tak, ponieważ Renia za mocno zwijała się ze śmiechu ;) Wyszło to genialnie! Później jeszcze była scena miłosna. Renia podciągnęła koszulkę śpiewając z nami "to je kruci, to je dłużi..." kładąc swojego wybranka na zemi i podskakując w rytm rapu na wysokości części ciała strategicznej dla tego typu wydarzeń. Następną część piosenki wykonywał on, gdy Renia wylądowała mu kroczem na twarzy ( mieli spodnie, więc nie był to performens) śpiewał akurat "to są basy, to są skrzypce, a to chyba macica". Rozłożyło to piosenkę na kolana i myślę, że każdy kto to zobaczył i pojedzie na Kaszuby będzie miał tylko jedno wspomnienie.

"Killing me softly"- piosenka wykonana w typowo arabskiej aranżacji i trochę stereotypowa. Gdy tylko to uslyszałam, już wiedziałam jaki będzie koniec. WIęc przychodzi Renia ubrana na czarno, przed sobą kładzie czarną szmatkę i się pochyla w modlitwie. Robi to naprawdę tak, jakby była wyznawcą innej wiary. Przypina sobie w końcu dynamity wzdłuż brzucha i wybucha. Tak sztampowe, że nie chce mi się nic pisać, chociaż samo uzyskanie "tureckiego" klimatu było udane.
aktualizacja- listopad 2015r. zaraz po zamachach w Paryżu. Miałam okazję ponownie zobaczyć spektakl i moje odczucia diametralnie przy wielu piosenkach się różniły. Największe wrażenie zrobiła właśnie na mnie ta piosenka- piosenka, którą znałam. Renia przeżegnała się na parę różnych religijnych sposobów. Odśpiewała utwór. A tuż przede mną parę dziewcząt zakładało na głowy chusty. Dosłownie wpadłam w panikę. Takie teraz czasy, że nie wiadomo co komu wpadnie do głowy. A co, jeśli one sa w zmowie, i będzie grupowe samobójstwo? Bo jak inaczej wytłumaczyć te chusty. Renia wyciąga pas szahida, a ja pogodzona z tym, że znalazłam się w nieodpowiednim czasie i miejscu, zaczynam się żegnać z życiem. Ostatecznie, jak powszechnie wiadomo zamachu nie było.
A te chusty? To były uczennice Reni,które tuż przed koncertem brały udział w warsztatach i szybko przebrały się za zakonnice.



Na koniec zaśpiewali "Miłość ci wszystko wybaczy" które było właściwie początkiem do medley'a z wszystkich piosenek wykorzystanych w spektaklu. Fajne przypomnienie, aczkolwiek wykorzystałabym to do bisów. Ale podobało mi się, gdy Wojciechowski znowu po żydowsku zawodził  "Manicuire! Manicuire! Manicuire! 60 groszy!" i tak mi się tęskno zrobiło do Balu w operze z którego był to cytat. Uwielbiam takie smaczki w spektaklach i czasem żałuję, że inni nie mogą się tym tak jarać, jak ja.

Na sam samiuteńki koniec K i R już wychodzą i podświetla się radio, z którego leci piosenka Rammstaina "Amerika" z fragmentem "This is not a love song". I to spowodowało zamknięcie spektaklu. Tylko ja wciąż nie wiedziałam czego zakończeniem to jest. Bardzo nie spójne to wszystko było do tego stopnia, że właściwie nie szukałam nawet sensu w tym wszystkim. 


KONIEC.


Co mi przeszkadzało? Brak ciągłości to przede wszystkim jak i pustki pomiędzy utworami. Ale czasem była zdecydowanie za głośno muzyka w stosunku do śpiewu Reni. Wojciechowski nie śpiewał prawie wcale a lubię jak on śpiewa :). I trzeba powiedzieć, że Renia nie była w formie. Nie wyciągała góry zupełnie. Zamierał jej głos. A jednak mimo swojego skrzypienia przecież śpiewała i górę. Więc jak ktoś zarzuca, że nie potrafi śpiewać, to odpowiadam. Potrafi, tylko jej nie wychodziło czasem ;)
----

Zawsze się zastanawiałam co by było gdyby zwykły widz zabrał się za zrobienie spektaklu. Ma dobrych aktorów i wie, że zrobi to najlepiej więc pobawi się w reżysera. Zasiada na krzesełku i mówi ty w prawo, ona w lewo. I co w związku z tym może nam z tego wszystkiego wyjść. I otóż dziś otrzymałam odpowiedź. Efektem takiego pokazu mamy zbicie paru (parunastu?)scenek wcale ze sobą nie połączonych. A szkoda, bo gdyby to dopracować, mogłoby być świetnym materiałem.  
Ale znalazłam za to fajny komentarz na Trójmieście odnośnie recenzji mojego kochanego Pana Łukasza:
"Zresztą taka to już przypadłość, że czasem trudno napisać "nie wiem o co chodzi i o czym to jest, nie rozumiem" Bezpieczniej jest napisać "Ukryte znaczenia, niuanse, miłość do ojczyzny".
Tak właśnie było! Niezrozumiale. Chociaż nie. To chyba była miłość do Ojczyzny.

wtorek, 14 października 2014

Billy Elliot- Victoria Palace Theatre


SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: GENIALNA w swojej prostocie 10/10

Musicale na Westendzie nie są tym, co sobie wyobrażamy. Nie są tak genialne jak tu słyszymy, jednak ten, jest jednym z lepszych. Muzyka twórcy Króla Lwa jest rzeczą do której nie trzeba szczególnie przekonywać. Warto znać angielski, choć myślę, że tu można się wszystkiego domyślić (poza szczegółami na tle politycznym), a z resztą... można obejrzeć film, żeby złapać fabułę.

Pierwszą scenę rozpoczyna chłopiec siedzący przed tv z lat 60-70, który ogląda program o strajkujących górnikach. Po paru informacjach na odrębnych kanałach podnosi się kurtyna i rozpoczyna się wraz z nią piosenka "Stars look down". Dobra, ryczałam jak głupia słysząc tę piosenkę. Zawsze płaczę jak tylko ją odtworzę. Rzadko zdarza się, żeby powstała tak dobra piosenka. Z taką mocą. I nawet nie przeszkadzało mi początkowo, ze nie wiele rozumiałam bo muzyka niosła za sobą wszystko. Teraz prócz po prostu pięknej muzyki doszły jeszcze emocje związane z  wielką niepewnością, czy dotrę w ogóle na miejsce. Więc był płacz do kwadratu ;) Bardzo mnie tu urzeka początkowo śpiew mężczyzn. Takich prawdziwych, dojrzałych nie jakichś chłoptasiów. Było ich z 15-20 i śpiewali zgodnym chórem. Później dołączają do nich dzieci. Do tych walecznych stojących wciąż mężczyzn dołączają ich bezbronne dzieci. Nie wiedzące zupełnie czym jest zamknięcie kopalni, ale ufają im i łączą się   w boju. Kolejny refren jest wykrzyczany już nie przez chór, lecz przez pojedyncze osoby, które później zostają wsparte dalej przez chór. Udało im się bardzo odtworzyć tym klimat strajkowy. Ostatnia część jest śpiewana przez Billego, po odejściu już wszystkich. Niby jest ze wszystkimi, z drugiej ma swój mały świat.
Zrządzeniem losu Billy zostaje za karę po zajęciach boksu na sali, z której miał już właściwie wychodzić, ale wplątał sie w zajęcia z baletu. No i tak na nich został już, początkowo jednak próbując uciec. Dziewczynki tańczyły to, co nakazała im pani, a Billy szukał ucieczki. Nauczycielka jednak stwierdziła, że powinna pobrać opłatę za jego obecność na zajęciach i mogliśmy tu wyczuć, że ta ucieczka była tylko po to, żeby nikt się nie zorientował, że mu się ten balet podoba. Nauczycielka, nałogowa palaczka, zupelnie nie spełniona w swym zawodzie. Dziewczynki w tle wykonywały układy, jednak nie wymagało od nich to jakichś specjalnych technik baletowych. No dobra, ja bym tak nie zrobiła, ale sądzę, że dzieci które tańczą od najmłodszych lat nie mają z tym problemu.
Billy Wraca do domu i tu po raz pierwszy widzimy jego pokój. Nie mam zielonego pojęcia jak jest skonstruowana scena pod spodem, i bardzo mym chciała to kiedyś rozgryźć. Po lewej stronie stół z krzesłami tworzący jadalnie. Po prawej stronie kuchnia. Na środku mamy coś pomiędzy tym a tym, może jakaś spiżarnia, nad którą w ślimaczny sposób idą schody. Nic tu nie ma zachwycającego, gdyby nie to, ze środek wyjeżdża spod spodu sceny kręcąc się. I widzimy najpierw samo łóżko, a później przy kolejnym obrocie spiżarnię.

Grandma's Song
https://www.youtube.com/watch?v=DMS18ShVrZw
 W momencie zwątpienia Billy idzie ot tak pogadać sobie z babcią. Babcia jest miłośniczką tańca i chciałaby żeby Billy był szczęśliwy, pomaga mu w tym opowiadając o swojej młodości i tańcach.I  mężczyznach, z którymi była. Sporo ich.. ;)
Solidarity. 
kolejna wgniatająca w fotel piosenka. Billy kontynuuje naukę tańca, pomimo, ze jego rodzina walczy o ich godne życie. I początkowo mamy scenę włąśnie toczącą się na sali baletowej, gdzie Billy próbuje złapać podstawy baletu, a właściwie próbując nadążyć w ogóle za koleżankami z grupy. W tym momencie słychać (i widać) mężczyzn z policji po lewej stronie a panów strajkujących po prawej. Niezmiennie po środku zostaje sala baletowa. W momencie, gdy ci krzyczą wobec siebie wszelkie obelgi i wyzwiska, ćwiczenia trwają nie przerwanie. W końcu nie łącząc tych dwóch spraw stają się elementem choreografi. Z jednej strony mężczyźni tłuką się  z innej zaś trzymając pałki w jednej dłoni podają drugą córkom pomagając im przy tym utrzymać równowagę podczas ćwiczeń baletowych. Sami dorośli też mają ukłąd trochę dziecinny, pokazując tym samym, że chyba jeszcze nie dorośli do tej wojny jaką prowadzą. Scena niesamowita. Ten kontrast między niewinnymi dziećmi biało ubranymi, lekko tańczącymi, a ciemnymi potężnymi mężczyznami jest niesamowity. Przy takim zestawieniu widać jeszcze bardziej o jak ważną rzecz walczą na tym strajku. Krzyki mężczyzn oraz dziecięce odliczanie do ośmiu w tańcu połączone w piosence- cudowne!

Mrs. Wilkinson odkrywa talent Billego, niestety zostaje on przyłapany na zajęciach właśnie w jej klasie zamiast na boksie. Zostaje dość mocno skarcony przez ojca, który nie może się pogodzić, że SYN ćwiczy balet. Brat Billego jest jeszcze mniej przychylny, tłumacząc kto z takich chłopców wyrośnie, sugerując ulubiony kolor jako różowy ;) Nauczycielka sugeruje Billemy, aby ten startował do Royal Ballet School w Londynie- zagubiony Billy nie do końca jest przekonany do tego pomysłu i idzie po poradę do swojego przyjaciela Michaela.
"Expressing Yourself".
 Michaela poznajemy w jego pokoju ubranego w sukienkę, który przekonuje Billego do podobnej przebieranki, dobierając kolor sukienki pod jego oczy. Właściwie Billy nie oponował zbyt mocno i dzięki temu mogliśmy zobaczyć świetny numer w wykonaniu chłopców. Niestety też widzieliśmy, jak słabym aktorem jest chłopiec który rolę Billego odgrywał. Był słaby wokalnie, aktorsko i właściwie choreograficznie również. Nie można tego zarzucić jego koledze, który radził sobie ze swoją partią rewelacyjnie.
"Letters". Billy decyduje się na prywatną naukę u Pani Wilkinson i postanawia przygotować się do egzaminu jak najlepiej. Niestety na ojca w kwestii tańca przekonać nie potrafi, więc zabiera rzeczy które mógłby nauczycielce ofiarować zamiast pieniędzy. Prócz kostki rubika i jakiejś kasety (taak... to było w czasach, kiedy muzyka była na kasetach) wziął ze sobą list. List, napisany przez mamę. Mama nie żyła, więc był on najcenniejszą rzeczą jaką posiadał, jednak taniec postawił ponad to. Piosenka niezwykle wzruszająca. Odśpiewana przez Billego w stronę nauczycielki na pustej sali gimnastycznej. Łzy leciały jak grochy i jego opiekunce i mnie.
W momencie gdy odbywa się przesłuchanie do szkoły baletowej rodzina Billego idzie na jakąś akcję (no tu właśnie nie zrozumiałam do końca, za dużo osób na raz). Generalnie coś jakby wojna. Z tego całego zamieszania Billy na nie dociera do sali górników, skąd miał odebrać kasetę z nagraniem do przesłuchania przy którym miał wykonać swój taniec. W związku z tym przesłuchanie odpada, Billy próbuje wciąż przekonać ojca do tańca tłumacząc, ze mama by mu pozwoliła- ojciec kończy rozmowę mówiąc, ze jego matka nie żyje. Billy zamyka się w sobie na rok, kończy z baletem tańcząc swój ostatni taniec-"angry dance"
https://www.youtube.com/watch?v=f1RB_T85nQk

Po przerwie widzimy przedstawienie świąteczne dla dzieci w którym slyszymy piosenkę "Marry Christmas Marget Thatcher"
https://www.youtube.com/watch?v=5K9-LwkdRcs
 która była była chyba ich nie sprzymierzeńcem . Poboba mi się początek śpiewany takjakby po pijacki, po czym w końcu dochodzi do tego orkiestra i słyszymy skoczną piosenkę. Wszyscy przebrani z M. Thatcher przedstawiali ją jako największego potwora.

Po spektaklu widzimy zasmuconego i pijanego jednak Pana Elliota, który śpiewa piosenkę "Deep Into the Ground" któa wywołuje u niego wspomnienia zmarłej żony. W ostatnim refrenie zostaje sam i dołącza do niego syn. Śpiewa z nim refren obiecując, że będzie z nim do śmierci. Wracając Billy spotyka Michela, któy przyznaje się, że się w koledze zakochał. Billy jednak twardo stwierdza, ze go interesuje tylko balet i że nie jest gejem. Michael daje mu na pożegnanie buziaka.

Michale odchodzi, zostawiając jednak włączony odtwarzacz muzyczny.Billy za to zaczyna sobie wyobrażać siebie, jako dorosłego, profesjonalnego tancerza. "Dream Ballet"
O tańcu się wypowiadać nie będę, przede wszystkim dlatego, ze nie potrafię. Zdecydowanie starszy Billy był lepszy, ponieważ był bardziej doświadczony. Jedyne co mi przeszkadzało to jego stringi i olbrzymi profil. Nie wiem ile on tam musiał sobie par skarpetek nawpychać, ale zdecydowanie nie było to naturalne ;)

"He Could Be A Star"
Do ojca dociera po woli, że w domu ma skarb, który nie może zostać w ukryciu. Spiera się ze starszym synem co jest istotniejsze- pomoc górninkom, czy pomoc Billego. W końcu wszyscy górnicy zrzucają się na podróż Billego na przesłuchanie do Londynu. Niestety jest to wciąż za mało, by podróż doszła do skutku. Billy otrzymuje jednak setki funtów od darczyńcy (kogoś wrogiego z pewnością), na ten gest oburza się Tony i wychodzi, jednak Billy może realizować swoje marzenia.

Billy z ojcem docierają na przesłuchanie. Billy wchodzi na salę przesłuchań a w tym momencie widzimy ojca Billego i ojca innego kandydata, który zdecydowanie jest lepiej ustawiony już na starcie. Wychodzi też nasz dorosły baletmistrz i ojciec czuje się zawstydzony gdy patrzy na jego... profil.Chowając się za kapelusz ulatnia się w kieszeni kulis. Widzimy wtedy przebieg egzaminu Billego. Przychodzi on na casting ze słoikiem pełnym pieniędzy. Ponieważ nie ma co zrobić z nim, stawia przed nosem komisji, która nie skrywa zdziwienia, czy wręcz obrzydzenia tym czynem. Następnie ze spodni Billy wyciąga kasetę, z której wyciągnęła się taśma. Więc ze stoickim spokojem i szerokim uśmiechem prosi on o ołówek, żeby taśmę wkręcić. I tak stoi i ją wkręca.. Nic się nie dzieje, oczywiście komisja traci cierpliwość. W końcu kaseta działa, włącza się muzyka i okazuje się że to nie ta strona. Po zmianie strony i ustawieniu na odpowiedni utwór okazuje się, ze muzyka już działa niezbyt płynnie ale Billy dzielnie tańczy.
Kolejna scena przesłuchań to rzeczywiście przesłuchanie, czyli rozmowa komisji z Billy'm i jego ojcem. Właściwie jego ojcem, bo Billy tylko przekazuje mu info na ucho i ojciec przekazuje (lub nie). Na scenie widzimy jedynie krzesła z Billym i jego tatą, komisję słychać z offów. Gdy Ci już odchodzą, komisja pyta się Billego, co czuje gdy tańczy. Billy odpowiada piosenką "Elektricity"- śpiewa (i tańczy)sam, ale nie ma lepszego nagrania ;)
https://www.youtube.com/watch?v=nij6ZSAiOI8
Przy każdej zwrotce właściwie odchodzi już, ale przypominają mu się jeszcze kolejne argumenty. Temu wszystkiemu przygląda się ojciec  stojący już przy wyjściu. Na koniec widać, że sam jest zaskoczony odpowiedzią syna, i niezależnie od decyzji komisji, jest on najlepszym tancerzem dla niego.

Billy wraca do domu, i po jakimś czasie otrzymuje list z decyzją. Rodzina chce otworzyć go przed jego przybyciem (babcia ciągle proponuje otworzyć go nad parą, żeby nie było widać śladu). Billy otwiera go w ciszy w swoim pokoju. W tym czasie na dole w kuchni są wydawane posiłki dla strajkujących górników- okazuje się też, ze związki zawodowe upadły, strajk jest zamknięty i niedługo będą zwolnieni(?). Billy jednak podąża za marzeniami. 
Żegna się z mamą w piosence "The Letter - Reprise". Mama mówi mu, że już się nigdy nie zobaczą.Tym razem to billy pisze do niej list, o tym,ze będzie mogła być z niego dumna. O tym, że zawsze będą się kochać- ale też jużnigdy się nie zobaczą. Kolejna piosenka, na której można tylko płakać.


No i kolejna scena do płakania- pożegnanie... Billy się pakuje i żegna się z wszystkimi w tych ciężkich czasach górnicy stają z tyłu sceny odśpiewując chórem "Once We Were Kings" i zjeżdżają (zapadnią) w dół. Billy spełnia swoje marzenia. Już bez muzyki słyszymy ostatnie słowa refranu górników.

Koniec. 

poniedziałek, 13 października 2014

Jekyll & Hyde - teatr muzyczny w Poznaniu

SPEKTAKL: 6/10
REŻYSERIA: 6/10
SCENOGRAFIA: 5/10
Komu polecam?
Osobom, które nie widziały wieelkich przedstawiań i nie mają zbyt wielkich oczekiwań. Mimo wszystko spektakl jest skromny, choć jeśli chodzi o repertuar Poznański zdecydowanie się  z niego wybija.

Pierwsze co mnie uderzyło w tym teatrze to wielkość. Chyba już się przyzwyczaiłam do molochów teatralnych i wielkość sali na któej oglądaliśmy spektakl dość mocno mnie wybiła. Nie spodziewałam się widowni liczącej 412 miejsc. Niby wiem, że Gdynia ma największy teatr, ale żeby na tak mały opłacało się w ogóle ściągać spektakl.. Ceny biletów zaczęłąm rozumieć ;)

Spektakl rozpoczyna fragment listu/informacji przeczytanej, przez przyjaciela Jekyla. Nastepnie widzimy dr Jekyla, który szuka lekarstwa dla pacjenta opentanego.  Bardzo mi się podobał Janusz w " lost in the darkness".  Bardzo był zaangażowany w samo poszukiwanie i nie mógł zrozumieć dlaczego nie można nic na tę chorobę zaradzić. Zaczyna bardzo delikanie śpiewać na koniec kończąc mocniejszym, wręcz decydującym głosem. Mimo, że jestem zwolennikiem mocniejszych piosenek na wstępie, sam utwór w sobie mi się podobał. Scena moim zdaniem została niepotrzebnie zostawiona pusta, z pewnością można było coś tu dodać.

Fasada- Bardzo mi się podobał tekst! Bardzo bardzo bardzo! Niestety w chórze czasem nie było słychać pojedynczych mikroportów, które coś dorzucały. Właściwie na miejscu producentów tę piosenkę dałabym na początek- była bardzo wciągająca :) Jedyne zastrzeżenie miałabym do aktorów- za długo rozwlekali śpiew. Chodzi mi o to, że powinno się tam śpiewać krótkimi sylabami a przez lekko przedłużone niestety wszystko się zlewało i nie możnabyło częściowo tekstu zrozumieć. Miałam tu skojarzenie w tej scenie z maskaradą z Upiora. Może to przez temat masek wkładanych na twarz?

Rada nadzorcza. Ok, w skład rady wchodziło 6 osób, więc nie będę się tego czepiać. Ale kto widział szpital w którym po korytarzu nie śmigają ludzie? Czemu za mleczną szybą nie widzieliśmy pędzących pielęgniarek/lekarzy/ludzi na wózku bądź chociaż animacji? Pusto to wyszło, a taki pęd myślę, że również dodałby tempa piosence. Nie podobał mi się strój Mart Wiejak. I nie chodzi mi tu o wielki wystający znad zadka welon ale o materiał, który był chyba plastikowy bo się nie układał w nic.

i teraz uwaga, coś mi się podoba ;)
Między piosenką a kolejną sceną nie było przerwy i muzyka była grana ciągiem.

Piosenka zaręczynowa- No jak dla mnie Krzemień tam wchodziła w tak wysokie dźwięki, które mnie bolały i naprawdę były nie przyjemne. Trzeba tu dodać, że Krucińskiemu popsuł się mikroport i okropliwie się sprzężał lub szumiał. Został on zastąpiony ogromnym, niedyskretnym mikrofonem statywowym. Właściwie udało im się zagrać do końca, mimo, że musieli się chwytać za ręce i się pocałować. 
Właściwie długo się zastanawiałam jak mu tak szybko zainstalują mikroport- w kolejnej scenie stary mikroport zostal zdjęty i zastąpiony nowym (?). W każdym razie był z pewnością zdjęty, ponieważ z tyłu było widać sterczący kabelek. Po kolejnym zejściu już wszystko było na miejscu jak należy :)
<uwielbiam wpadki na spektaklach>

Podobał mi się motyw rozmowy córki z ojcem, chociaż też trochę Cosette z VJ zajeżdżało ;)

Burdel. W sumie nie rozumiem po co teatr inwestuje w schody które są użyte chyba w jednej scenie i do tego jak je podnoszą z powrotem nie ukrywają tego muzyką i strasznie trzesczą. Jeszcze są nie opuszczane automatycznie co powoduje efekt buju lamp w kolejnej scenie ;)

Lucy... Scena w któej pierwszy raz poczułam, ze mi się coś tak po prostu podoba. Myślę, że spory wpływ ma na to podobieństrwo aktorki, któą uwielbiam, co powoduje, że scena jest po prostu najlepsza! 
Bardzo mi się podobało odskoczenie od spektaklu i od strony muzycznej, kolorystycznej i wokalnej. Wszystko przecudowne. Bardzo melodyjna piosenka i z pewnością będę jej w kółko słuchać niebawem. Z choreografią poszaleć nie mogli ze wzgledu na wielkość sceny, ale i tak na warunki które mają poradzili sobie świetnie!

To jest ten moment. W piosence zakochałam się w... dawno temu w  wykonaniu Tomka Więcka. Nie wiedziałam wtedy o czym opowiada ta piosenka, z jakiego spektaklu pochodzi ale melodia mnie urzekła. Kruciński był milion razy lepszy od Więcka w mojej pamięci. Obłęd w oczach i napalenie, że w końcu to wszystko nastąpi. Końcówka wyciągnięta bez żadnego wibratta- niesamowita. Czy ten człowiek czasem fałszuje? Czy bywa nie w formie? Nie życzę mu tego, ale chcialabym to zobaczyć! 

Dużo było scen, między którymi była pusta scena. To dość słabe i nie powinno mieć miejsca w teatrze muzycznym, który ma do dyspozycji również muzykę do zapełnienia pustki na scenie. Spektakl tracił na tempie, ktore jest tak istotne szczególnie w przedstawianiach muzycznych. Niestety takie rozwiazanie powoduje, ze sceny są nie spójne i zdecydowanie samo napięcie między scenami nie jest już takie jakie mogłoby być.

Transformacja.  W sumie nie wiem czemu ale myślałam, że będzie on bardziej przemieniony. Wynikało to z pewnością z nieznajomości materiału bo później zobaczyłam, ze nie było to możliwe. Transformacja samego Jekyla w  Hyde'a była dla mnie świetna. To jak Kruciński mówił normalnym błogim wręcz głosem który przerwał jego własny krzyk. Niestety trochę za komiczny był jego śmiech pod koniec tej sceny. Nie był on zdecydowanie wrogi. 

Chce mi się żyć! Tu w końcu tak naprawdę zaczęło się coś dziać. Poczułąm, ze jestem w teatrze na przedstawieniu muzycznym i poczułam to i na płaszczyźnie muzycznej, aktorskiej, wokalnej, choreograficznej oraz w pozostałych rolach ;)

Nic poza pracą. Uwielbiam piosenki na dwugłosy. Cokolwiekby śpiewali, byłoby to cudowne, a tu dwugłos do kwadratu, więc nie będę się wypowiadać, ponieważ było to po prostu wspaniałe.

Akt drugi..
I niby bardziej mi się podobała  tak właściwie mam nie wiele do powiedzenia w tej kwestii ;)
Zdecydowanie podobał mi się z powodu akcji, a le myślę, że wielką kropką nad "i" była rozszerzona rola Lucy, . A mało było Edyty. Przykro mi, ale mi na scenie po prostu jej brak aktorstwa przeszkadza.
Someone like you- bardzo mnie ta piosenka wzruszyla. To, jak ta kobieta pokochała Jekylla było bardzo emocjonujące. I to, że była dla niego nikim, i to, że on ją dostrzegł mimo zawodu wykonywanego oraz notabene posiadając narzeczoną. Trochę nawet jak dla mnie przeginał z tą czułością, ponieważ pozwalał jej poczuć się kochaną. A widać było, że jest tak dobrym człowiekiem, że nie zdradzi swojej dziewczyny.
"Chce mi się żyć- repryza". Baaardzo podobał mi się strój księdza ubranego w sutannę z płomieniami piekielnymi na dole. Naprawdę to połączenie robiło ogromne wrażenie. I Hyde'owe zawodzenie "ja będę żył wiecznie z szatanem" było obłędne tak samo z resztą jak obłęd w oczach Krucińskiego. Po prostu lubię takich brutalnych mężczyzn i się zakochałam!
"Zbrodnia". Trochę rozbawiła mnie choreografia. Nie wiem w sumie czemu, ponieważ nie potrafię powiedzieć co dokładnie mi się nie podobało. Chyba chodzenie przez aktorów na początku w kółko utrzymując stałą pozę w górnej partii ciała. W Lalce miało to sens, chociaż tam też całe ciała zamierały w bezruchu. A tu częściowo chodzili, częściowo zamierali. Nie czaję. Piosenka chyba również nie była moim faworytem.

W naszym dawnym śnie- piosenka nie porywa, choć może być wzruszająca. My wiemy, co kryje się pod postacią Jekylla. Emma nie. Ale wciąż go kocha i próbuje miłością całe to zło zwalczyć.
W obłędzie podobał mi się Pierczyński który w końcu wyszedł również druga nogą z roli Thenardiera i zupełnie go w nim nie widziałam. Żałuję, ze tak dobry aktor został obsadzonyw  takiej nieznaczącej roli. Z drugiej strony w sumie albo ta albo żadna bo w sumie nie było innych ról ;)
W oczach tych- taka  pieśń która musi się pojawić w każdym spektaklu gdy sa dwie kobiety i jeden mężczyzna. Było tak w nędznikach, miss saigon i wielu innych więc i tu jej zabraknąć nie mogło. Nie lubię takich wyjców, więc nie polubiłam.
W "niebezpieczna to gra" oczywiście chyba najbardziej zapamiętam jak bardzo Hyde rzucił nią o łóżko. Piosenka ładna, klimatyczna chociaż w sumie momentami nie wiedizałam już czy śpiewa ją Jekyll czy Hyde. Jakoś tak nie mogłam ogarnąć tego - a że jak się czegoś nie wie to jest głupie, więc stwierdzam, ze mi się nie podobało ;)
Fasada- repryza. Czy to tu się rozbiegły postaci po sali?

"Nie wie nikt"- tu stwierdzają oboje (Lucy i Gabriel), że Jekyll jest ich przyjacielem. I aż czekałam, że ta przyjaźń połączy ich serduszka i się zakochają i będa żyli długo i szczęśliwie. Niestety scena się po prostu skończyła, więc romansu nie było.
Nowe życie- piosenka mnie niestety nie porawła, chyba po prostu za dużo było tego typu piosenek. Chociaż burza i ciemna postać przedzierająca się za nią  wypadły ładnie.
Śmierć Lucy. No i tu trochę nie ogarnęłam. Wcześniej jak Hyde przyszedł do niej do łóżka była zadowolona. Ok, wiem, że było to spowodowane strachem i powiedzmy, ze nie chciała dac po spbie po prostu poznać, ze jest przestraszona. Ale w tej scenie już od samego początku glos ściszony, półszept, i mowa ciała wskazująca na paraliż. Już wiedziała, że umrze? Tylko dlatego, że nie było songu? No heloooł! Chyba była w takim transie jak Christine w Upiorze.

Konfrontacja- Ja chyba z założenia powinnam lubić utwory o takim tytule. Jeszcze się nie przejechałam na nich. Mało tego, powinni złe piosenki tak nazywać i czuję, że od razu by wiele zyskały. No, więc bardzo mi się podobało, że w jednym momencie Kruciński musiał na naszych oczach być Hydem i Jekyllem. I tak lawirował między tymi postaciami. Myślę, że wymagało to potężnych umiejętności aktorskich. Umiejętności również wymagało poprawne obsłużenie świateł (moim zdaniem zmienia się to jednym przyciskiem i to w takt muzyki, ale może się nie znam). Wraz z przemianą głównego bohatera zmieniało się również oświetlenie. Typowo teatralnie- ciepłe żółte światło do dobrego wcielenia, mok wokół i bijące białe światło do złego. Więc wraz ze zmianą technik aktorskich i dodaniem lub ujęciem chrypki zmieniało się również światło. Niestety, z wręcz sekundowym opóźnieniem. Nie przeszkadzało to mocno, ale wyobraźmy sobie jak byłoby to genialne, gdyby było dopracowane? Bardzo też mi się podobało jak Jekyll na początku był osobą silnie stojącą na ziemi, a Hyde wręcz upadłą i jak to w trakcie piosenki się pozmieniało, kończąc na odwrotnym ustawieniu panów.

No dobra. Na scenie ślubu chyba nikt się nie spodziewał, że J/H umrze. Wręcz przypominało to taki ślub Shreka, z tym że tym razem to z jego strony baliśmy się przemiany i liczyliśmy, że pocałunek królewny zdejmie z niego tę klątwę. Niestety, w imię nauki i popełnionych błędów Jekyll był zmuszony poprosić swojego przyjaciela, by ten go zabił zanim on zabije swoją ukochaną. Początkowo Emma próbowała go przywołać swoim (syrenim) śpiewem, jednak bardzo nieudolnie, i gdy Jekyll zaczął się przeobrażać to mimo wcześniejszego wystrzegania się noża, Gabriel zabił go uwalniając miasto a przede wszystkim Emmę od mordercy. Ale! Scena wyglądała na niedokończoną. Nie było wiadomo, czy mamy klaskać normalnie (czyli klaszcze kto chce), czy to już koniec i klaszczemy wszyscy- częściowo wzruszeni, częściowo zadowoleni z końca przedstawienia i szczęśliwi, że będziemy mogli w końcu iść ten mecz obejrzeć. Okazało się że to koniec. Muzyka, napisy końcowe, the end.
---
Właściwie myślałam, że mniej plusów tym wszystkim było, a tu wychodzi , ze nie było tak źle. Zdecydowanie powinnam milczeć i jak zwykle wypowiadać się po jakimś czasie ;)

Nie rozumiem dlaczego muzyka nie była przedłużona o parę taktów, tak aby scena nie była pusta. Nie muszą jej przecież zapełniać non-stop aktorami, ale czarna nie powinna być, nie mówiąc o tym, że w tym momencie było słychać pęd sceny obrotowej oraz tupot stóp ;)

Właściwie spektakl po raz kolejny bez happyendu nie nadający się do puszczenia dzieciom, żeby nie zaburzyć ich światopoglądu w różowe życie i wieczne dobre zakończenia. Miłością nie da się wszystkiego zwalczyć/naprawić/wyleczyć. Chociaż może to właśnie jego bliscy nawalili dając mu jej mniej niż było potrzeba? Może gdyby nie tylko Emma w niego wierzyła byłoby inaczej? Jekyll nie żyje. I już się tego nigdy nie dowiemy. No, ewentualnie na zielonym ;)