czwartek, 4 sierpnia 2016

SHREK, Teatr Muzyczny w Gdyni. URYWKI (2014r.)

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 11/10

Komu polecam?
Dorosłym, ewentualnie dorosłym z dziećmi. Przypomnijcie sobie czym jest piękny przyjazny świat. Bez problemów i wad.


Prawie cztery lata temu Maciej Korwin powiedział, że w naszym teatrze zostanie wystawiony Shrek. Wcale nie byłam z tego powodu szczęśliwa, zwłaszcza że oznaczało to przesunięcie premiery Złego na rzecz jakiegoś komercyjnego badziewia. No ale Broadway zaproponował- grzech odmówić wiec trzeba było podnieść rękawicę i zapoznać się librettem, zanim zacznie się narzekać- lub żeby chociaż zebrać argumenty na nie. I tak też słuchałam w tramwaju warszawskim ścieżki dźwiękowej- która w momencie uwertury mnie wciągnęła jak w jakiś magiczny świat. Część piosenek przeskakiwałam, za to niektóre odtwarzałam w kółko. Okazało się, że Shreka i Warszawę da się lubić. 

Zastanawiam się ile razy widziałam Shreka.. Zastanawiałam się nad tym długo i nie wiem czy ta ilość jest liczona w  rzędzie jednostek czy dziesiątek. Pewne jest to, że potrzebowałam trzech lat, żeby ten spektakl pokochać. Zobaczyć szczegóły, których nie dostrzegałam- docenić grę aktorską a przede wszystkim zmiany, które poprzez ewolucję spektaklu powstały. Zauważyłam też, że w końcu nie mam problemu z tym, że spektakl jest śpiewany po polsku, co niestety wcześniej mnie irytowało z racji znajomości angielskiej wersji. Może dzięki temu właśnie zobaczyłam jak dobrze bawią się tu słowami?
Ale od początku...

Big Bright Beautiful World
Uwielbiam moment kiedy kończy się uwertura, zaczynają ruszać się drzewa w takt muzyki a światła przy tym świetnie współgrają. Ale zawsze ogromnym szokiem, wcale nie pozytywnym, jest moment pojawienia się małego Shreka wraz z rodzicami. Wiem jesteśmy w teatrze, ale sa bardzo sztucznie zrobieni i to wytrąca mnie chwilowo z bajkowego świata. Na szczęście mały Shrek i rodzice nie stoją na scenie wiecznie, więc szybko pojawia się ten SHREK.

 Tym razem miałam okazję zobaczyć w jego roli Łukasza Dziedzica- i mam nadzieję, że już do końca wystawiania tego tytułu własnie jego będę na tym spektaklu widywać odgrywającego te postać./ BARDZO się cieszę że Dziad ma główną rolę. Jednak od czasów Franka za wiele nie miał czego tu pokazać i nic dziwnego, że musiał tułać się po jakichś Zaolziach- mam mowy ulubiony wyraz/. Więc pojawia nam się Shrekodziad i pierwsze co się rzuca to jego chudziutkie nóżki! Za moich czasów nie był chuderlawy, jednak puszystość kostiumu zrobiła efekt powiększający od pasa w górę, a nogi pozostały "własne"- mogliby to dopracować, ale.. czepiam się. 

...pojawia ten  się Shrek! Zaczyna śpiewać i już wiem, ze to jest odpowiedni aktor na odpowiednim miejscu. Wyskakuje z toalety krzycząc "gdzieś mam ten wasz przyjazny świat" i widzę w nim Javerta, który faktycznie tak jak mówi- tak jest. Pasowało to do tej postaci zwłaszcza gdy straszył mieszczan. I tak chodzi, straszy- obłęd w oczach. Po czym dociera do swojego odludzia i.. wrzuca na luz. Dziad- Shrek zaczyna tańczyć w różnych stylach, podśpiewywać i podskakiwać wesoło. Widząc Dziedzica w roli Perczyka faktycznie miałam wrażenie, że jest bardziej wyluzowany na scenie, ale to co się działo tu- było niesamowite. Wcześniej widziałam Ostrowskiego i Westera. U nich miałam to samo wrażenie- spektakl fajny, ale postać Shreka beznadziejna. Widać było, że nie dają rady się w tym kostiumie po prostu poruszać. Dziad kostiumu nie odczuwał wcale a wcale- dodatkowo potrafił zupełnie na luzie tańczyć. Dodatkowo nie miał problemu z wyciąganiem końcówek, z którymi panowie wcześniej sobie nie radzili. 

Scenę zakończył słowami "noo to teraz na ropuszki" i gestem sugerował, co to za ropuszki- wszyscy dorośli panowie nie ukrywali swojego śmiechu;)

Story Of My Life- jedną ze świnek był Baca. On zdecydowanie może powiedzieć że praca jest dla niego przyjemnością a nie przykrym obowiązkiem- niczym Ola Meller skradał mi wszystkie zbiorówki. W chóralnym odśpiewaniu "odmień nasz zły los" bardzo mi się spodobało zapełnienie sceny. Po prawej stronie stał cały tłum wyrzutków po lewej zaś siedział Wilk okrutnie zły (Sasha) i melorecytował wyraz LOS. Był przecudowny i mimo że tylko siedział (choć dynamicznie) na krześle, to nie sposób było na niego nie patrzeć. Nie wiem czemu ale lubię jak aktorzy na scenie właśnie w ten sposób się ustawiają.

Tuż przed spotkaniem Osła (K. Wojciechowski )- czyli szukając zamku, Dziad mówił- i przypomniało mi się, że on sepleni. Przypomniało mi się nie dlatego, że zaczęłam wspominać nasz wspólny powrót do Gdańska i tę upojną noc.. On po prostu stal i seplenił na scenie tak strasznie, i nie wiem jak wielkie trzeba mieć znajomości, żeby mimo wszystko zostać aktorem.
Don't Let Me Go- Zawsze w tej scenie było tak, że Osioł biegał, skakał, błagał, żądał- a Shrek chodził od lewej do prawej kieszeni nie mogąc znaleźć miejsca. Tym razem właściwie odpychanie Osła przez  Shreka było tak świetnie ograne, że właściwie to była jego scena. Pierwszy raz miałam wrażenie, że to Shrek ma większe ADHD niż Osioł. I w sumie chyba nie tak powinno być- ale mi się podobalo :)

I Know It's Today-  niegdyś moja ulubiona piosenka- tym razem wypadła najgorzej. Może dlatego, że jednak nie przepadam za Fioneczką  na którą tym razem trafiłam. Tym razem była wnuczka dyrygenta, której to śpiewanie nie bardzo jednak wychodzi. Do tego, malutka (6cioletnia) Fioneczka zaczęła dojrzewać i jej biust widoczny pod sukienką już odejmował jej uroku i nie bardzo wiarygodnie wyglądała siedząc z misiem na kolanach. Fionka nigdy mnie nie porywała, ale na koniec weszła ONA- Fiona Smukowa! Nigdy jeszcze jej nie widziałam w tej roli! Jaka ona była cudna! Zakochałam się!

Travel Song- Jedna z moich ulubionych piosenek- i do dziś nie rozumiem, czemu jej na West Endzie nie wprowadzili w spektakl. Długa droga przebyta przez panów-

Who I'd Be- tu uwaga szok! Tyle razy na spektaklu byłam, tyle wersji słuchałam, a tu niespodzianka! Początek to są jakieś dwa-trzy takty, tak powiązane z



  "Bring him home". Aż dziwne, że na fali uwielbienia Nędzników nie zauważyłam tego!
Uwielbiam tę piosenkę. Chyba dla niej ( i jeszcze "zerwalem kwiatek") warto się pojawić na tym spektaklu. Właściwie jest za każdym razem inna- zależy w jakim etapie życia się ją ogląda. Czasem jest pesymistyczna do bólu. Czasem daje cień nadziei. 

Zdecydownaie jest to spektakl dla dorosłych. Naprawdę, nie sądzę, żeby dzieciom się mógł podobać- jest zupełnie inny niż bajka- w dodatku używają tu trudnych wyrazów- które z dzieci wie co to linie demarkacji czy impas...
Zauważyłam też tym razem wiele "ludzkich" cech nadanych bohaterom, ale nie takich oczywistych: Shrek-mężczyzna-silny, Fiona-kobieta-delikatna. Te relacje były tak zmienne i w pewnym momencie wydawało nam się, że w tym spektaklu jesteśmy Osłem, później Fioną na Shreku kończąc.

Mam wrażenie,ze cała obsada, choć w dużej mierze wymieniona- zaczęła się spektaklem wreszcie bawić. Dotarli do etapu, że żadna wpadka raczej ich już nie zaskoczy i dadzą radę to ograć jakkolwiek to pójdzie. Efektem tego jest bardziej zapełniona scena i smaczki,które można wyłapywać.

Zastanawia mnie, czemu Korwin nie wybrał od razu Łukasza do obsady. Początkowo sobie przypomniałam, ze to był okres Nędzników na których wypadało, żeby jako pierwsza obsada się pojawiał. Jednak przecież grał Farquada, więc na miejscu był.


zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Muzycznego 

OKNO NA PARLAMENT- Teatr Muzyczny w Gdyni, Cooney, scena Nowa


SPEKTAKL: 8/10

REŻYSERIA: 8/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Wypoczętym. Tyle się dzieje, że trzeba nie lada skupienia, żeby się połapać. Wybierz się w doborowym towarzystwie, a po spektaklu wybierzcie się na kolację przypominając sobie najśmieszniejsze gagi.


Kolejna premiera spektaklu, który nie wiedzieć czemu pojawił się w repertuarze teatru muzycznego. Wcześniej takim tytułem było "39 stopni"- farsa słaba, nie mniej jednak bardziej skupiłabym się tu na gatunku , a nie na tym, czy się podobało, czy nie. Dlaczego teatr MUZYCZNY podejmuje się wystawiania spektakli dramatycznych? Jako widz przeciętny, który nie wchodzi w szczególy spektaklu, mogłabym czuć się wręcz rozczarowana, że nie jest to musical, lub chociaż spektakl muzyczny czy wodewil. Wracając do sztuki bieżącej...
Okno jest kolejnym przedstawieniem Ray'a Cooney'a, w przekładzie Elżbiety Woźniak. Duet można powiedzieć, że sprawdzony. Pani Elżbieta nie raz już podejmowała się tłumaczeń tego reżysera z dużą skutecznością. Niestety jeśli chodzi o samą fabułę spektaklu- mnie lekko rozczarowała. I nie chodzi tu o to, że było nie śmieszne. Było, sama się nawet parę razy głośno zaśmiałam, pomimo, że większość uśmieszków początkowo udawało mi się skutecznie stłumić w sobie. Treść spektaklu, można powiedzieć jak na autora- banalna, nie przewidywalna. Czasem zazdroszczę ludziom, że nie mają styczności ze zbyt wielką ilością spektakli, bo mogą spojrzeć na ten zupełnie inaczej.

Akcja tradycyjnie zaczyna się na spokojnie. Widzimy Rafała Ostrowskiego wraz z A.M. Urbanowską. Właściwie tu już też nic nie zaskakuje (no.. może poza tym, ze aktorka schudła i się ładnie prezentowała na widowni): Ostrowski  wyglądał jak ulizany pedofil i ciągle w głowie miałam "Ilse..czas na bajeczkę.." <Przebudzenie wiosny- piosenka, w której ojciec gwałci swoje córki>. On się wręcz ślinił na widok panienki. Fuj. Urbanowskiej nigdy nie lubiłam, i chyba jak w przypadku Karoliny T. nie prędko to nastąpi. Była poprawna, o ile wypada mi to napisać- ładna, ale irytująca. W krótkim czasie poznajemy właściciela hotelu (T. Fogiel), kelnera (M.Richter), dowiadujemy się, że Oset nie jest byle jakim posłem tylko najważniejszym premierem a sekretarka z którą wybrał się na noc do tego hotelu- jest sekretarką z innej partii. Chcąc skonsumować tę niepochlebną znajomość Ona podchodząc do okna odkrywa- trupa. Trup nie byle jaki, bo zaglądający przez okno do pokoju- w tej roli sprawdził się świetnie Aleksy Perski, który nie raz musiał się przewrócić, bądź przeturlać po niezbyt miękkim podłożu. Nie chcąc rozgłosu Bóg chowa trupa do szafy, wzywa swoją prawą rękę na pomoc w ratowaniu tej sytuacji.Dalej akcja toczy się bardzo szybko- nie sposób to wszystko wymienić. Jednak z ciekawostek i innych takich spostrzeżeń:
-R. Ostrowski chodził w szlafroku ze spektaklu "My Fair Lady". Szlafrok był własnością prof. Higginsa, którego odgrywał M. Richter często stojący tuż obok niego w stroju (niegdyś swojego)kelnera.
- już nie pamiętam kto jechał do tej ciotki- ale jechał do ciotki mieszkającej w Felixtowe- Ciotka istniejąca w spektaklu Mayday 2 tego samego reżysera
- K.Kurdej pojawia się na scenie jako siostra
-A. Perski grał trupa. Gdy został chowany do szafy był niby "wieszany" na haczyku na ubrania. Oset go podnosił i wieszał o kark płaszcza, równocześnie gdy trup delikatnie unosząc się na palcach pomagał mu to czynić i ostatecznie wisiał powierając swoje stopy o deseczkę na drzwiach zamontowaną. Nic dziwnego- tu jest teatr, nikt się nie spodziewa, że facet o męskiej wadze będzie wisiał na kawałku materiału i dyndał. Nikt prócz pani siedzącej obok mnie. Ona była zachwycona tym, że Oset go uniósł i powiesił. Zachwycona? Mało powiedziane. Zakładając sytuację, że na scenę wróciłoby Francesco lub Fame, a byłabym w miejscu, gdzie należałoby zachować ciszę i spokój, myślę, że nasze radości były by w tym samym stopniu w skali zachwytu.
- noooo i oczywiście wszystkowiedząca publiczność. Wiem, jestem wredna, ale wkurza mnie człowiek siedzący na widowni przewidujący przyszłość. Umówmy się, nie była to komedia, w której wszystko zaskakiwało. Były sceny/dialogi, które po prostu były do przewidzenia. I w tym momencie pan Zenon z 2 rzędu teatralnym szeptem zdradzał swoim znajomym co aktor stojący na scenie zaraz powie. Trafiał lub nie- bo jak mówiłam, część było ciężko przewidzieć. Ale myślę, że gdzieś po świecie chodzi jeszcze jeden Bóg, o którym nie wiemy. Oczywiście takich proroków było paru, więc momentami można było usłyszeć parę wersji wydarzeń.


Spektakl w mojej opinii ma bardzo dobre tempo, czasem nawet za szybkie- ciężko sobie zakodować jakąś informację kto jest kim i co właściwie robi, bo zmienia się to po raz kolejny. Mimo wszystko zostaje czytelny i przede wszystkim zabawny. Jest umieszczony w schemacie typowych komedii dla tego reżysera, ale to też chyba normalne, że oni lecą pewnymi schematami. Publiczność świetnie się bawiła, ja nie uważam, żeby wieczór był zmarnowany.
Po pierwszym akcie nie byłam zbyt zadowolona. Właściwie, gdy usłyszałam, że komuś się podoba tempo akcji oraz fabuła, myślałam, że się nabija. Drugi akt na szczęście nadrobił na tyle, że spektakl mogę nazwać zdecydowanie udanym. Jednak nie wybiorę się na niego po raz drugi- jednak komedie dwukrotnie nie bawią.
Oczywiście nie zawiódł również pan Rudziński, który tradycyjnie wyraził swoje odwrotne zdanie na temat spektaklu. Ja nie wiem jak on to robi? Zbiera opinie i pisze wszystko przeciwnie? Może posiadł moje zdolności w rozwiązywania testów tak, by żadna z odpowiedzi nie była prawidłowa i wzbudzić wszelki zachwyt? Zagadka wciąż nie rozwiązana.

Opis przedstawienia na stronie teatru
Zdjęcia pochodzą ze strony teatru.

MISS SAIGON, Prince Edward Theatre, London





Jak bardzo matka potrafi kochać swoje dziecko, wie tylko kobieta, która je traci- takim właśnie zdjęciem zainspirował się 25 lat temu Claude-Michel Schönberg i postanowił tym samym wokół postaci takiej silnej kobiety zbudować spektakl. Chyba najpiękniejsza opowieść o miłości matki do dziecka. Matki, która zrobiłaby dla niego wszystko, żeby miało szczęśliwe, bądź chociaż godne życie.  Osoby niesamowicie silnej, kochającej i wierzącej.
Wersję Romową widziałam jedynie nagraną, więc nie do końca mam pewność, czy nie była to np skrócona wersja tego, co było na scenie.
Ale jest nw pewno coś, czego Roma nie ma i mieć nie będzie (chociaż, jak im się wjedzie na ambicję, to kto ich tam wie..). Akcja spektaklu dzieje się w Wietnamie, i w spektaklu 90% aktorów to skośnookie ludziska- moja ignorancja rasowa nie pozwala mi poznać dokładnie, czy nie wmieszali sie tam jacyś chińczycy, zwłaszcza z jednego z ostatnich rzędów. Żeby bylo Romie jeszcze trudniej dogonić taki standard to na widowni siedziało właściwie 99% ludzi z nie kaukaską urodą. Właściwie to chyba my dwie byłyśmy biełe ludzie ;)

Pierwsza scena rozpoczyna się w Dreamland, czyli wietnamskim burdelu. To tam amerykańscy żołnierze chodzili sie rekalsować. Zupełny przypadek sprawił, że trafia tam Kim, dziewczyna 17letnia, która musi jakoś przeżyć i zaczyna tam pracować (właściwie jest dość mocno do tego przymuszana, pięknie ograne mimo, że dość zbyt brutalnie biorąc pod uwagę siedzące na publiczności dzieci). Tu zdecydowanie wszystkie sceny były bardziej wulgarne, scena mocno przepełniona panienkami, rurami, piórami i wszelkimi błyskotkami.
Swój pierwszy raz Kim zalicza z Chrisem, który w sumie też nie wie czemu z nią poszedł (faceci...). Właściwie zaraz po okazuje się, że właściwie to on ją kocha. Ona, to już w ogóle szaleje z miłości od pierwszego spojrzenia. I tu nastał moment odśpiewania songu miłosnego podczas którego nie mogłam się zdecydować, czy Boski Damian Bogdan Emanuel Aleksander jest gorszy, czy ten obecny na scenie Chris. Oboje byli równie beznadziejni. Za to byłam zaskoczona Kim, która śpiewając wysoko, nie była ani trochę piskliwa. I nie wynikało z przesuniętej skali glosowej, ponieważ doły miała równie głębokie i pełne. Aktorsko też nie można jej nic ująć.
I po takim śpiewaniu jak bardzo się kochają w Romie pojawia się jakiś główny wietnamski przywódca, który dzięki "pomocy" Alfonsa- wujka Sama odnajduje Kim i chce zabić jej syna i z nią być. Troche to głupie i nigdy tego motywu nie ogarniałam- trochę jak z Javertem goniącym ValJeana bez jakiegokolwiek sensu.

Aż tu nagle... okazuje się, że pomiędzy tymi scenami jest brakujące ogniwo! Scena, która wyjaśnia właściwie wszystko. Otóż w burdelu spotykają się wszystkie pracownice- tym razem ubrane odświętnie. Wchodzi Chris i okazuje się, że biorą oni ślub. Po czym właśnie w tym momencie wpada najważniejszy władca Wietnamu i okazuje się, że w końcu wrócił, i że właściwie dlaczego Kim na niego nie czekała? No i się biją, Kim mówi mu, ze właśnie wyszła za mąż i że już go nie kocha. Po czym akcja zawiesza się na 3 lata. Widzimy, że już jest po wojnie i kolejne coś, czego Roma nie miała- fajerwerki mna scenie i latające chińskie smoki. Była piękna gra świateł, która powodowała, że żołnierskie ruchy pomiędzy nimi wyglądały na jeszcze szybsze, bardziej dopracowane i w ogóle  typowe dla wietnamskiej musztry gdzie każdy ruch jest perfekcyjnie wykończony. W tle pojawia się piękna, złocona przywódcza twarz (a nawet gęba)- która ponownie oświetlana pod odpowiednim kątem nabierała różnych wyrazów, mimo, że była po prostu zwykłym stalowym odlewem.

Niesamowitą sceną jest ostatnia w której dzieje się tyle, co a brazylijskich serialach razem wziętych, i to jeszcze w  formie musicalu. Scena nagle zyskuje niesamowitą głębię, tyle płaszczyzn, pięter, że ludzki umysł nie hjest w stanie tego wzrokiem ogarnąć- nie wiadomo gdzie patrzeć.
Kim po oddaniu syna zabija się
Chris łapie ją i całuje i w ogóle obściskuje, jak Marius Eponin (no nawet w tym samym fragmencie sceny klęczał, nie mówiąc już o nędznej scenografii).
Żona Chrisa za to bierze dziecko i je przytula, akceptując jego obecność i wpuszczając go w swoje życie.

Po tym spektaklu wiem, że Wietnam będzie miejsce które kiedyś odwiedzę. Wiem, że wojna wietnamska a musical i świat teraźniejszy to dwie różne sprawy. Ale do listy miejsc które kiedyś zobaczę na własne oczy dołączę. Bo czemu nie?


Gratis!
Spektakl skończył się ok 22- na dworze panuje mrok.
Zgodnie z Westendowską tradycją przed wyjściem czekały taksówki, ryksze i bryczki- nic wyjątkowego. Wystarczyło odwrócić głowę, a  byliśmy tam. W Azji! Teatralne wyjścia było skierowane w stronę China Town! Mijały nas grupki Azjatów, a czerwono złote lampiony pobłyskiwały, wydłużając emocje po spektaklowe.
I owszem- wietnamska restauracja była moim celem jako punkt gastronomiczny tego wieczoru!

Di, Viv i Rose- teatr Capitol, Warszawa

SPEKTAKL: 1/10
REŻYSERIA: 3/10
SCENOGRAFIA: 5/10

Komu polecam?
Największemu wrogowi! Czytasz to? Załatwię Ci wejściówkę!!!
 Przedstawienie Warszawskiego  teatru Capitol odwiedziło gościnnie Gdynię- odwiedziłam je i ja. Jak na spektakl gościnny przystało, muszą być "nazwiska" bo bez nich bilety nie zostaną sprzedane w komplecie. Była więc Joanna Brodzik i Daria Widawska, których nigdy nie miałam możliwości zobaczyć na scenie. Co zaskakujące- bilety nie zostały sprzedane nawet w pół komplecie i zastanawia mnie czy to kwestia ceny (70 i 90 zł- jedne z tańszych biletów na gościnny jaki widziałam) czy innych spraw około spektaklowo- impresaryjnych.
A teraz do rzeczy.
Fabuła. Powiedziałabym, że banalna. Czasem wplatali wątki, które nie były zupełnie potrzebne co tylko spowalniało i wyciągało spektakl do maximum.
Ale od początku... Spektakl rozpoczyna się w akademiku, widzimy 3 różne od siebie dziewczyny, poznajemy bohaterki. Szybko się dowiadujemy, że Di jest lesbijką, Rose prostą, wiejską dziewczyną, Viv zaś kocha modę i jej poświęca każdą chwilę na pisanie esejów na różne tematy z tej dziedziny. Na akademickim korytarzu dziewczyny się zapoznają- Rose polubiła Di, jednak zdecydowanie do gustu jej nie przypadła jej koleżanka- Viv. Później oczywiście są przyjaciółkami na śmierć i życie. Zamieszkają w mieszkaniu zakupionym przez prawie ojczyma Rose, jakoś sobie ukłądają swoje życie. Poznajemy wtedy bohaterki szerzej. Właściwie jeśli chodzi o Di i Viv- one wciąż podtrzymują swoje upodobania wspominając o nich w luźnych rozmowach, jednak Rose okazuje się nie być grzeczną dziewczynką, która uwielbia stać w kuchni i gotować dla całej studenckiej rodziny. Jej hobby to zaliczanie sporej ilości facetów w niezbyt długim okresie. Oczywiście ze sto razy musi przejść się po scenie nie mogąc złączyć nóg i chłodząc się tu i ówdzie, bo cholera jasna bez seksu i przekleństw nie ma spektaklu! Już trochę znamy bohaterki.. mija jakieś 30 minut.. I tak się zastanawiam, gdzie jest jakaś fabuła! No ale lecimy dalej. Dziewczyny urządzają mieszkanie, wybierają się nawet na imprezę. Kolejny drętwy wątek- 3 stojące babki udające, że świetnie bawią się na scenie- litości! Jedyne co mnie w tym zaciekawiło to przebranie- każda z aktorek na swoje ubranie założyła szlafroko-sukienkę i jakąś perukę na włosy. Joanna Brodzik włożyła taką kolorową, trochę punkową czuprynę i w tym momencie stanęła mi przed oczami scena z "Jasnych Błękitnych okien" gdzie między przerzutami właśnie Brodzikowa idzie w podobnej peruce na imprezę i parę scen później umiera. Dobra, to takie moje skojarzenie i syndrom dr Lubicza, który już nim wiecznie pozostanie. Ale od tej sceny przestałam już się "dobrze bawić", bo czułam, ze ktoś zaraz umrze i wkurzali mnie ludzie śmiejący się wokół. Po imprezie w domu nasza lesbijka Di zostaje zgwałcona, Viv dostaje propozycję wyjazdu do NY aby rozwijać sie bardziej w branży modowej, Rose zaś okazuje się być w ciąży. Można powiedziec, że każdej z nich świat się odwrócił do góry nogami. Można było wątki fajnie pociągnąć, urozmaicić. Ale nie... Właściwie tak jak w jednej scenie Di jest gwałcona, w kolejnej idzie na terapię i już jest wszystko w porządku. Rose jedzie do mamy chorej na depresję ( wspomniane 10 razy w spektaklu, też nic nie wnosi do niego) żeby powiedzieć o ciąży, następnie rodzi bliźnięta japońskie i ledwo sobie radzi. Viv rozwija swoją karierę, zaprasza nawet swoje przyjaciółki na wernisaż(?) i opowiadają sobie szczegółowo co u nich w życiu się wydarzyło. Rose stwierdza, że wyjdzie za kolesia który się wokół niej kręci- a przyjaciółki mają na ślubie przemówić.

I uwaga, scena chyba jedyna, która mi się podobała, choć byłą oczywista od samego początku. Więc tak- na scenie kanapa i obraz zostają pokryte czarną płachtą materiału. Oświetlenie sceny też dość nie jasne, wręcz mroczne. Punktowe światło na scenę oraz przemawiającą jako pierwszą Di nie jest też zbyt mocno kontrastowe. Więc właściwie każdy,kto choć trochę myśli, może się domyślić, że coś tu jest nie tak. Di zaczyna przemowę a'la przemówienie na ślubie, kończy mową pogrzebową. Okazuje się, że Rose przechodząc przez pasy została śmiertelnie potrącona.
I TU BYŁ IDEALNY MOMENT NA ZAKOŃCZENIE SPEKTAKLU, jednak nie nastąpił...Myślałam, że umrę z głodu, a świadomość jechania na cheesburgera po spektaklu nie pozawlała mi się skupiać na dlaszej fabule. Nie pomagało również chrapanie pana po mojej prawicy i świadomość, że pan po mojej lewicy też już ogląda spektakl przez zamknięte powieki.

Z trzech muszkieterek zostaja już tylko dwie, chwilę później okazuje się że Viv życie nie jest takie cudowne jak jej się wydawało, a Di ma raka i przerzuty (wiedziałam!!!! :D ). Oczywiście nie było to tak w skrócie powiedziane. trawało całą wieczność. Tak samo jak niezasłużone oklaski.
No dobra, nie było tak źle, zawesze jeden spektakl więcej widziałam, parę godzin spędzonych w muzycznym to też coś! Nie mniej jednak wkurza mnie, że wystarczą "nazwiska" na scenie, i spektakl może być bylejaki. I jeszcze jedno, co mnie wkurza, to to, że ludzie są po prostu głupi. I to, że idą do teatru nie oznacza, że im IQ podskoczy do góry. Pisałam juz o tym przy okazji seksu dla opornych, ale tu też było małe potwierdzenie tego. Otóż po scenie pogrzebowej dziewczyny przepełnione żalem rozmawiają o życiu Rose i schodzą na temat faceta jej matki. Pijana Viv wykrzykuje w jego kierunku, że był "chujem". I w tym momencie scena z której wręcz wylewał się smutek i żal, dla niektórych stała się sceną zabawną, ponieważ padło na scenie przekleństwo! No faktycznie, jesteśmy zabawnym narodem...

"Trzy przyjaciółki na scenie i w życiu prywatnym. Studenckie życie, pierwsze miłości, wariackie decyzje. Jak wpływają na ich dalsze życie? Wyjątkowa okazja aby zerknąć "od kuchni" na relacje bratnich dusz na scenie. Kobiet nieprzeciętnych, zabawnych i ciekawych życia. Codzienność ale bez rutyny. Historie pełne śmiechu i wzruszeń. Poruszający, zabawny i bogaty w emocje spektakl o towarzyszkach życia na dobre i złe."
Czytając ten opis, zastanawiam się, czy byłam na tym samym spektaklu.. Nie wiem gdzie pełnia śmiechu i wzruszeń.. Ale ponoć niektórym się podobało.

TANGO 3001, G. Castellanos

Prolog
Z wielką radością przeczytałam zawiadomienie, że Teatr BOTO ma swoją nową siedzibę. Ale łzy szczęścia pojawiły się, kiedy moje oczy dostrzegły tytuł pierwszego spektaklu, który będzie miał tam swoją premierę.
"Tango 3001"- idę!
Jak wynikało z opisu spektakl ten ma być kontynuacją "Tango Nuevo" kooprodukcji wystawianej w 2011r. przez Olsztyński Teatr im. S.Jaracza oraz Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni . Spektakl oglądałam na obydwu scenach wielokrotnie i chłonęłam emocje, ruchy, gesty i kroki samotnych istot na opuszczonym metrze w Buenos Aires. Wiele bym dała, za obejrzenie ponownie tego przedstawienia, który po cichu zniknął z obydwu scen (dlaczego o takich rzeczach nie informują?). Do tej pory jedyną możliwością przypomnienia sobie tejże produkcji miało być wyświetlenie  nagrania z tego spektaklu na Olsztyńskiej plaży.

Sobota, godz. 20.00.
Wchodzimy na nową scenę teatru. Poza skromnym powitaniem i zaproszeniem na spektakl przez jednego z założycieli teatru- Adama Nalepę, powitała nas wszechogarniająca ciemność na sali oraz siedzące w jej rogu aktorki. Zajmujemy swoje miejsca, nie mówimy prawie nic. Skoro aktor jest na scenie, przedstawienie się zaczęło!
Delikatny dźwięk pozytywki przerywa nam jej głośne zatrzaśnięcie oraz werble i dźwięki nalotów. Jesteśmy w Buenos Aires w roku 3001.

Zaczynamy!Mamy do czynienia z ogromną tęsknota oraz wolą walki. Pewność siebie, przeplatała się z ogromnym żalem i rozgoryczeniem. Wszystko to wyśpiewane przez postaci zatracone w sobie. Mają to samo imię, a w kwestionariuszu na pytanie o płeć zaznaczają odpowiedź "unknown".  Mimo niemal tysiąc letniego odstępu między czasami w których my żyjemy, nie otaczają ich szklane domy, czy przedziwne pojazdy latające. W koło nie ma zieleni i szczęśliwie biegających dzieci. Mamy tutaj pustkę. Apokaliptyczną pustkę, z którą próbują sobie poradzić, lecz, co ludzkie, przechodzą przez fale wielkiego smutku oraz euforii- bo jedynie dając upust tym emocjom są w stanie dalej w  takim świecie funkcjonować. Muzyka jest dla nich pewnego rodzaju terapią, która poprzez głośne wypowiedzenie swych wspomnień pomaga wrócić do normalnego życia a przede wszystkim do dalszej walki o nie.

Realizacja
Aktorsko mamy do czynienia z wielkimi solistkami naszego teatru Muzycznego- Magdaleną Smuk oraz Renią Gosławską towarzyszy im Agnieszka Castellanos-Pawlak, która na co dzień jest aktorką teatru w Olsztynie, ale pamiętać trzeba, że w Studium Wokalno-Aktorskim oraz scenie gdyńskiego teatru stawiała swoje pierwsze kroki. Renia jest największym na pomorzu wulkanem energii, co wspaniale wykorzystał reżyser przedstawienia. Słuchanie jej interpretacji utworów, które po woli narastały aby na koniec wybuchnąć były ogromna przyjemnością. Wzruszająca i chwytająca za serce w prawie każdym utworze Magdalena Smuk, pokazuje również swoje drugie, zdecydowanie bardziej  stanowcze oblicze (Che tango che).
Zwykle przeszkadza mi, kiedy spektakl jest odtwarzany z półplaybacku, jednak w tym wypadku orkiestra zaburzyłaby wszelką harmonię przedstawienia.
Aktorki bardzo dobrze poradziły sobie z brakiem mikroportów, z którymi zwykły śpiewać- niektóre frazy były czasem ledwie słyszalne, ale wynikało to wyłącznie z interpretacji utworu a nie z niewłaściwej emisji głosu.

Pomyśleć by można, że realizacja spektaklu w oparciu o motywy utworów Piazzoli jest w pewnym sensie "pewniakiem". Muzykę zna sporo osób, a wiadomo, że najbardziej lubimy  piosenki, które się zna. Przypomnijmy sobie jednak "Tango Piazzola", reż. Józefa Opalskiego z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie- po przerwie widownia świeciła pustkami. To dowód na to, że pomimo solidnych fundamentów przedstawienie się nie uda, jeśli reżyser nie będzie miał na niego pomysłu.
Ale powiedzmy sobie szczerze- "Tango 3001" to nie kontynuacja, a ten sam spektakl. Ale przecież jeśli coś jest dobre- wystarczy jedynie dostosować go do nowych warunków i wystawiać jak najdłużej!



poniedziałek, 18 maja 2015

Mały Książę- końcówka

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 8/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Osobie, która potrzebuje w życiu czegoś więcej. Od siebie. Od życia. Od spektaklu

Zastanawiałam się dziś ile inscenizacji Małego Księcia widziałam, nie doliczyłam się. Było ich sporo...Wersje musicalowe, baletowe. Z dramatyczną spotkałam się po raz pierwszy, zdecydowanie nie ostatni.

Wchodząc na scenę kameralną nie ma kurtyny- widzimy zapiaszczoną scenę, łóżko szpitalne, kanapę i fortepian. Łóżko nie jest puste. Zajmuje je Starzec. Szukając swojego miejsca wśród rzędów krzeseł na publiczności od razu w oczy wpada las... budzików. Takich zwykłych, nakręcanych, tykających. Znajdowały się one co drugim/trzecim siedzeniem. Miejsce znalezione- na szczęście nie miałam zegarka pod sobą i nie musiałam się stresować, ze zostanę z nim wyciągnięta na scenę .Światła gasną, rozpoczyna się spektakl. 

Bardzo podobało mi się niesztampowe spojrzenie na tekst. Nie było podziału kwestii. Ktoś z książki pousuwał  informacje "zapytał Mały Książę", "stwierdził Lotnik", "zaszlochała Róża" zostawiając jedynie same mądre zdania wkładając je później w usta aktorów. Obsada wielopokoleniowa wskazywała na dorastanie małego księcia na naszych oczach, zamieniając co rusz aktorów na starszych. Jednocześnie ten domysł został obalony w momencie pojawienia się wszystkich męskich aktorów już w pierwszej scenie. 

Fabuła książki była zachowana, ale nie zawsze w tej kolejności jak została wydrukowana. Nie przeszkadzało to zupełnie. Pozwoliło otworzyć oczy i umysł trochę szerzej niż jedynie na zdania w tekście.

Czas na scenie (UWIELBIAM CZAS NA SCENIE <3) był mimo wszystko ułożony etapami życia, jednak nie był w tym kręgu zamknięty. Nie mieliśmy odczynienia jedynie z dzieckiem które dorasta mając po drodze pouczające przygody. Tu było coś więcej. Na scenie są wszyscy. Przez tłum przebiega dziecko żądając narysowania baranka. Chce tego z dziecięcym uporem od starca. Starzec leży w łóżku. Obok niego widzimy kaczkę, co sugeruje, że raczej do sprawnych staruszków nie należy. Dziecko jednak dalej chce baranka, krzyczy, prawie płacze. W końcu otrzymuje pudełko  z barankiem, jest prze szczęśliwe, po czym ciśnie tym pudełkiem w kąt (niczym standardowe dziecko które ma już wszystko).
Kolejny wybija się młodzieniec, który zaczyna zakochiwać się w Róży. I widzimy tu jak się do siebie zbliżają. Pokazują też jednoznacznie konsumpcyjne podejście do miłości- do tego stopnia, że w Róża została nazwana dziwką.

Starzec nie był lubiany. Był ciężarem dla innych. Niedołężny, powolny, już nie taki świeży, nie był atrakcyjny dla reszty towarzystwa, które na siłę z nim siedziało, ale nie udawało im się trzymać nerwów na wodzy. Był jednak wśród nich wyjątek. Dziecko, które widziało w nim dobrego, a przede wszystkim mądrego człowieka. Nie dziwnego, niepełnosprawnego, a potrafiącego rysować wspaniałe baranki i w dodatku zna się na jego hodowli! Mimo, że starzec odpowiada na jego pytania z niecierpliwością i pełnym zdenerwowaniem, jako jedyny podaje odpowiedzi ja jego pytania.
Prawdę powiedziawszy nie bardzo wyróżniał się na scenie Marek Richter. Może to właśnie oznaka dorosłości? Nie są już tak otwarci jak dzieci ani tak przebojowi jak młodzi ludzie? Są sztywni, chcą pokazać się, że są Ą-Ę przez co stają się niezauważalni?
Podróżowanie po planetach wplecione było w historie, nie było nazwane w prost "a teraz odwiedzam planetę taką a taką spotykam tego i tego". Nie było postaci Latarnika, Geografa etc. każdy znajdował w sobie te planety, w zależności od etapów życia bądź położenia w nim.
Starzec był Królem. Lubił dawać rozkazy z łóżka, chciał do końca zostać Panem- z poddanymi, czy bez- nie miało już znaczenia. Jedną z jego poddanych była właśnie Róża. Kobieta jego życia. Kobieta, która na jego rozkaz odeszła od niego. Później przyznał się do tego że pije.

Latarnikiem był młodzieniec. Swoją historię o rozpalaniu i gaszeniu opowiadał siedząc na fortepianie. Swoja nogę trzymał między nogami Reni i ją "rozpalał". Gdy dzień się kończył-kończył. Wszystko wg instrukcji, bo trzeba, bo nie wypada, bo jak inaczej? Oczywiście robił to dla siebie- nie myślał o innych (innej). Miał tego świadomość, nie umiał się jednak z tej rutyny i narzuconego rytmu życia zrezygnować. Był trybikiem, który nie potrafił postawić się przeciw systemowi.

Postać Pijaka pojawiłą się dwukrotnie. Najpierw z Latarnikowego młodzieńca wypłynęło wyznanie, że pije, żeby zapomnieć,że się wstydzi, że pije zaraz po tym jak wykonał swoją pracę wraz z Renią. Następnie do tego samego fragmentu powrócił starzec, który nie był w stanie pogodzić się z odejściem Róży od niego.

Słowa dzieci mają moc. Pewnie dlatego wszystkie mądrości na scenie sprzedaje nam MAŁY książę, bo działa to jakoś na naszą podświadomość. Dzieci są bezpośrednie i bazując właśnie na bezpośredniości dziecko podeszło do Róży i nazwało ją mamą. Róża wpadła w histerię. Zaczęła uderzać się w brzuch próbując pozbyć się dziecka. Płakała na fortepianie. Starzec siedział zasmucony inną opowieścią na wózku. Chłopiec chwycił mikrofon i zaczął śpiewać piosenkę, nazywając wcześniej starca swoim ojcem. Był przeszczęśliwy. 
To był moment niezwykle wzruszający moment. Ile się teraz słyszy, że to faceci karzą kobietom usuwać dzieci mimo, że one tego nie chcą. Chłopiec pierwszą zwrotkę kierował do wzruszonego ojca, drugą zaś do zrozpaczonej matki. Próbował ją przytulić, pocieszyć, przelać trochę ciepła ze swojego serca. Ta go jednak do końca odpychała, mimo jego wszelkich starań. 

Książę dorosły, to typowy bankier. Nic się tak nie liczy, jak kasa, cyferki i fakt posiadania. Nie dostrzega już drobiazgów i gdy młodzieniec opowiada mu, że dla niego jego Róża jest najważniejsza i z resztą jakoś sobie poradzą, ten go wyśmiewa.

Gdy tak Mały Książę biegał krzycząc "narysujesz mi baranka" ciągle miałam w głowie "ulepimy dziś bałwana"?:)

Końcówka... Starzec musi ruszyć przez pustynię, żeby dojść do studni. Róża zakłada mu buty,reszta pomaga przyodziać garnitur. Odchodzą. Zostaje tylko on. Nie jest smutny. Nie jest przestraszony. Można powiedzieć stał się bardziej ludzki a nawet zdziecinniał. Wziął patyk i podszedł do jednego z widzów prosząc z dziecięcym uśmiechem o narysowanie baranka. On posłusznie baranka narysował otwierając przy tym kolejną historię. Starzec był prze szczęśliwy. W ramach podziękowania i na pożegnanie powiedział tak:
"Gwiazdy dla ludzi mają różne znaczenie. Dla tych, którzy podróżują, są drogowskazami. Dla innych są tylko małymi światełkami. Dla uczonych są zagadnieniami. Dla mego Bankiera są złotem. Lecz wszystkie te gwiazdy milczą. Ty będziesz miał takie gwiazdy, jakich nie ma nikt.Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.A gdy się pocieszysz (zawsze się w końcu pocieszamy), będziesz zadowolony z tego, że mnie znałeś. Będziesz zawsze mym przyjacielem. Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną. Będziesz od czasu do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: "Gwiazdy zawsze pobudzają mnie do śmiechu". Pomyślą, że zwariowałeś. Zrobiłem ci brzydki figiel. Nie opuszczę cię."

Znika w ciemnym korytarzu.
Cała sala płacze, nawet na oklaski nie było sił. Owacja na stojąco, ale mimo oklasków bardzo milcząca.


Ale żeby nie było za idealnie, jeszcze było coś co mi przeszkadzało. Nie lubię chodzić do teatru MUZYCZNEGO na dramaty. Mimo, że spektakl bardzo mi się podobał, to w muzycznym, chcę muzyki. I tu się wylania kobieca natura- muzyka była, ale nie taka jaką bym chciała. Wyglądało to w przybliżeniu tak, że jest akkcja spektaklu, wstaje aktor, pstryka palcami, włączają się światła na scenie i śpiewa piosenkę łamanym angielskim do podkładu puszczonego z półplaybacku. Wyglądało to trochę, jakby ktoś zapauzował spektakl i zrobił przerwę na reklamę. Nie wyglądało to dobrze i, co najważniejsze, nie było potrzebne. Zatracało się rytm spektaklu, wytracało z wątków. Poza tym mieszkając w Polsce oczekuję jednak piosenek przetłumaczonych, o ile to nie zaburzy sensu spektaklu.
Naprawdę nie pamiętam kiedy tak bardzo płakałam w teatrze. Tak, że nie mogłam się wręcz uspokoić i nawet stojąc w kolejce po płaszcz musiałam w głowie wymyślać śmieszności, byle się uspokoić. Bardzo brakowało mi tego typu sztuk. Chyba jestem zmęczona wszystkimi wesołymi spektaklami o niczym i brakuje mi właśnie tych życiowych. To było dobrze zaplanowanie zakończenie sezonu teatralnego. A zarazem otwarcie- bo tak naprawdę to była najlepsza sztuka którą widziałam w sezonie 14/15. Wychodząc minęłam Dużego Księcia tego teatru. I wiecie co? Pierwszy raz pomyślałam, że uda mu się poprowadzić ten teatr.

środa, 15 kwietnia 2015

Mamma Mia

Dobra.. nie lubię Romy i od początku do spektaklu byłam uprzedzona. Bilet dostałam w prezencie w pakiecie z hotelem, żal nie pojechać więc..pojechałam.
Nie wiem od czego zacząć.. Nowego teatru czy nowego spektaklu.

Wchodząc właściwie zapomniałam, że w ogóle jakiś remont był. Szatnie te same, jedyna zmiana, to wystawka czekoladek Lindt'a którymi można było się częstować. Reszta bez jakichś poważnych zmian (pewnie po prostu odświeżone). Przed spektaklem do toalety się nie dostałam z powodu tradycyjnie panujących kolejek. Udalo mi sie tam przebić dopiero w przerwie. po prawej są 3 zlewy- wyczesane w kosmos. Czyli nie ot, jakiś tam zlew, tylko jakiś fikuśny, żeby i tym się mógł teatr chwalić. Zastanawiało mnie tylko, czemu wstawiają takie drogie zlewy w łazience. Ja rozumiem, że ze smakiem trzeba taką łazienkę zrobić, ale po co tak drogo i nie praktycznie (co mam zrobić z torebką?)..? Zagadka się później rozwiązuje. W przerwie biegiem do niej dotarłam więc czekam w króciutkiej kolejce do kabiny. Kabin jest chyba 8, więc o wiele więcej niż poprzednio. Nie śmierdzi szambem- też na plus. Kabiny są w kolorze czerwonym i trochę wyglądało to jak w burdelu- nie kojarzyło się z pewnością z eleganckim miejscem. Doczekałam się swojej prywatnej kabiny i tu dwa szoki. przede wszystkim zaskoczona byłam, ze jest w niej zlew! była to boczna kabina, więc tylko w niej jest taki luksus, ale to było  fajne i wygodne. Szokiem drugim i znacznie mniej przyjemnym było to, że mimo postawienia nowych kabin są ogromne szczeliny i będąc w intymnej sytuacji mogłam patrzeć kolejkowiczom prosto w oczy. Papier toaletowy najtańszy z najtańszych- czepiam się, wiem, tylko ten gówniany papier który się nawet nie kręcił za to kruszył się niemiłosiernie i to na moje czarne rajstopy. I wtedy zrozumiałam po co jest ten zlew- żeby te farfocle można było z rajstop jakoś usunąć. Mydła w piance też  nie ma. Wychodząc wpadłam wręcz na reklamowany zlew! <załącznik - mają zdjęcie toalety w necie!> Ooo tak! Roma nawet ma sponsorów zlewu. Idziemy dalej...

Wchodzimy w końcu przez kontrole biletów do głównego foyer- i pierwsze, co rzuca się w oczy to brak sklepiku na wprost. Został on przeniesiony na lewą stronę foyer. Na środku nie ma nic- prócz (w końcu) miejsca dla widzów. Pomiędzy tym właśnie nic a sklepikiem ulokowało się stoisko... Inglota! Tak więc przechodząc przez czekoladki Lindta, zlewy prezentowane przy toalecie i mijając  tegoż właśnie Inglota kończymy na paniach stewardessach z napisem LOT wpuszczających na salę. 
Jestem szczęśliwa! Już znam wszystkich sponsorów, i gdyby teatr się zawalił mogłabym umierać spokojnie w jego gruzach.


Spektakl.. Od czego tu zacząć... Zacznę pozytywnie- miejsca nie były tak okropne jak mi się wydawało. Był to rząd przed przed ostatni, widoczność była znośna (mimo, że aktorów nie rozpoznawałam czasem). Siedzenia nie trzeszczą! Miejsca na nogi wciąż brak, ale z racji zasiedzenia się, parę wymachów nad głową widza siedzącego przede mną jest wręcz wskazane.

Wyjątkowo nie jestem w stanie opisać każdej sceny, bo jak dla mnie zlewały się one w jedność. Były podobne, bez pomysłu i bez wyróżnienia poszczególnych etapów.

Zacznijmy od tego co się rzuca na pierwszy rzut oka- scenografia. Na scenie stało 6 ogromnych ledowych ekranów- które poza jednym nędznym greckim domkiem były całą scenografią. Nie chcę być źle zrozumiana. Nie chodzi o to, że wymagam bóg wie jakiej scenografii. Ale jak idę do teatru, to chcę się poczuć jak w teatrze. Chcę się domyślać, że "ta drabina to schody do nieba,ata miska nad schodami to księżyc". Byłam za to rażona cały czas światłem i chyba jednak dobrze, ze nie był to pierwszy rząd. Tak czy inaczej- był żyrandol, inteligentne platformy, deszcz w trakcie spektaklu  nie mogło zabraknąć "gwiazdy" tego spektaklu.

Wiadomo, że Roma od jakiegoś czasu puszcza reklamy,i za jakiś czas będzie można się spokojnie spóźnić pół godziny, żeby ich uniknąć. Niby miało być zabawnie,niby bez reklamy, ale nie wyszło.
Więc tak. Słyszymy uwerturę. Pojawia się reklama, gdzie najpierw do kasy LOTU podbiegają aktorzy ROMY i kupują bilet na LOT. Wsiadają do samolotu LOTuoznaczonego logie spektaklu. Kto jest kapitanem? Oczywiście Kępczyński! Można było też wypatrzeć tłumacza, dyrygenta i choreografa. Pewnie jeszcze ktoś by się tam znalazł, ale trochę pozmieniały się tam twarze więc więcej nie wyłapałam. Następnie mamy ujęcie, gdzie po locie LOTem aktorzy biegną weseli na scenę. Publiczność jest wstępnie rozgrzana i gotowa do dobrej zabawy i...
  • Marzenie mam (Prologue/I Have a Dream) - piosenka ładna i ponoć jedna z najtrudniejszych piosenek ABBY. Tylko ten spokój i cisza morza śródziemnego ogromnie się zderzyly z nadmiarem energii i ADHD prezentowanym przed rozpoczęciem i sami sobie tym zaszkodzili. Ja miałam ogromną trudność, by wejść w ten spektakl. Poza tym spokoju mi nie dawało to, że na scenie prawdopodobnie nie stała aktorka, która miała grać Sophie. I tu przeszkodą był ten przedprzedostatni rząd bo dopiero po jakimś czasie miałam pewność, że obsada uległa zmianie i grała ją Paulina Łaba (Józia z chłopów).
  • Honey, Honey - Tu poznajemy druhny- przyjaciółki Sophie. Dwie stare przyjaciółki. I nie chodzi tu o wiek aktorek tylko one poprostu wyglądały jak stare ciotki, zero młodości witalności i seksapealu. Była tylko bardzo wymyszona radość na widok przyszłej panny młodej. Czułam, że jest bardzo źle...  Przede wszystkim strasznie mnie denerwowało, że "honey. honey" nie zostało przetlumaczone. Ok- nie zawsze można znaleźć odpowiednie tłumaczenie, jednak trochę wysiłku i chyba da się coś wymyślić.Dodatkowo aktorka cały czas śpiewała "hany hany" tak bardzo twardo, że aż marzyłam,żeby skończyła śpiewać, lub, żeby zmienili tłumaczenie. Zastanawiałam się też, jak przetłumaczą "dot, dot, dot", przetłumaczone było na "ten tego". Było to bardziej dosłowne niż trzykropek, już nie mówiąc o "dawcy nasienia" który dwa razy został wspomniany w tym utworze. Ale ludziom się podobało.
  • Kasa, kasa, kasa (Money, Money, Money)- na scenie pojawia się Donna i jak się później okazuje jako jedyna osoba która zgadza się z wyświetlaną obsadą. Powiem tak. Anna Sroka uwiodła mnie swoją interpretacją piosenek Młynarskiego i bylam przeszczęśliwa, gdy okazało się, że będzie w mojej obsadzie. Pięknie zaśpiewane doły, wyciągnięte góry plus jakaśtam dynamika na scenie (któej mimo 22 osób na scenie w scenach zbiorwych ciągle brakowało). Byłam nią zachwycona! 
  • Dzięki za muzykę (Thank You for the Music) - poznajemy ojców. Nie ma Rozmusa- a miał być. Nie ma Bzdawki- a miał być. Jedno się nie zmieniło. Mój największy teatralny koszmar pojawił się na scenie- oto on! Dariusz Kordek! Czy tylko ja mam ciary na ciele jak wymawiam to nazwisko?! 
  • Mamma Mia- bez komentarza "eh Ty, znowu tracę głowę". JAK MOŻNA TO TAK PRZETŁUMACZYĆ!!!! 
  • Chiquitita - nie wiele pamiętam ze spektaklu londyńskiego- niestety też nie pospisywałam nic więc nie mam do czego się odnieść. Pamiętam jednak, ze na tej piosence płakałam ze śmiechu. Przyjaciółki były przegenialne, zabawne. Okazało się, że śmieszne sceny ciężko zrobić i to była totalna klapa. Nawet szkoda słów, zeby to opisać..
  • Dancing Queen- nie było czego zbierać...Czy jest bardziej wciągająca i pociągająca za sobą tłumy piosenka? Okazało się, ze jednak jest- bo ta z pewnością nie była. Śpiewana przez Dynamitki, które miały udawać, że sa stare i nie potrafią śpiewać i się ruszać. Wyglądało to torochę jak akademia w domu starców i ja tam nic zabawnego nie słyszałam. 
  • Mnie całą miłość daj (Lay All Your Love on Me)- było coś takiego w ogóle???
  • Super-Trouper (Super Trouper) 
  • Daj mi, daj mi, daj mi! (Gimme! Gimme! Gimme! (A Man After Midnight))
  • Jaka to gra (The Name of the Game) - tego też nie kojarzę...
  • Voulez-Vous
  • Entr'acte
  • To atak jest (Under Attack) - Na scenę wchodzi Donna i.. coś jest nie tak. Jaśniejsze włosy? Inna fryzura? Czekam aż się odezwie, ponieważ wizualnie moje miejsce nie pozwoliło dostrzec jej rysów twarzy i.. zmieniona obsada! Strasznie mnie zżera ciekawość co to się stało, ze do tego doszło. Na scenie "tamta" Donna radziła sobie najlepiej z całego zespołu. Momentalnie rozwiały się moje wątpliwości, jak ewentualnie Alicja Piotrowska poradziłaby sobie w tej roli, ponieważ nowa Donna (Anna Sztejner) jest bardzo zbliżona do niej. Ostre rysy twarzy, trochę nosowy głos i ta oschłość wobec wszystkich...Już wiem,że jedyna i słuszna Donna własnie zeszła ze sceny, a spektakl toczy sie na dno.
  • Jedno z nas (One of Us)
  • S.O.S
  • Czy mamusia wie? (Does Your Mother Know) 
  • Ja to wiem, ty to znasz (Knowing Me, Knowing You)
  • Nasze lato (Our Last Summer) 
  • Tak mi się wymyka (Slipping Through My Fingers) Powiedzmy sobie szczerze- w spektaklu/filmie jest to chyba najpiękniejsza i najbardziej wzruszająca piosenka. Tu zupełnie bez pomysłu. Może jestem niesprawiedliwa, ale po zmianie Donny na Annę  Sztejner ta piosenka nie mogła się udać. Kiedy ona siedziała na tak smutno patrzyła na jasno oświetloną córkę w białej koszulce/sukni- miałam tylko jedno łączone skojarzenie. Fragment z nędzników gdy własnie ta aktorka śpiewa "czy kto widział jak się ścieli trup" połączonego z wizją Fantine tuż przed jej śmiercią. Na litość Boską! Przecież wiadomo, że bialym światłem oświetla się trupy!!!!! I o ile samo skojarzenie z aktorką/ starą postacią jest moje i załóżmy, że to już takie moje zboczenie, to choć podstawy "reżyserii świateł w weekend" mogłyby być przestudiowane.
  • Zwycięzca bierze bank (ja nie mogę... kto tłumaczył!) (The Winner Takes It All). Pamiętam moment, kiedy to Maciej Korwin powiedział, że Gdynia dostanie Mamma Mię. Bardzo się wtedy ucieszyłam, ze usłyszę tę właśnie piosenkę ponownie w Gdyńskim tłumaczeniu i wykonaniu. Gdynia praw autorskich (na szczęście chyba) nie otrzymała i piosenka na którą tak czekałam okazała się największym rozczarowaniem
  • Zaryzykuj mnie (Take a Chance on Me) 
  • O tak, o tak, o tak (I Do, I Do, I Do, I Do, I Do)- ślub jak ślub. Ale Wojciech Socha chyba będzie już do końca swojego życia obsadzany w roli kapłanów. Czekałam aż zacznie śpiewać "wejdź mój gościu boś strudzony"
  • Marzenie mam repryza(I Have a Dream)- po pierwsze dawno nie cieszyłam się słysząc jakikolwiek utwór. Oznaczał on tak wiele- nareszcie koniec! Sophie stała na tle zachodzącego słońca i morza. Odchodziła wraz  ze Sky'em hen hen daleko. A ja miałam w głowie jedno jedyne skojarzenie- Miss Saigon kiedy to Kasia Łaska odchodziła w ramionach wójka Sama. Odpłyneli łódką i "narki barki" KONIEC! Chociaż nie!!! To aurat mnie rozśmieszyło. Kiedy odpływają łódką miałąm drugie skojarzenie- ze zaraz usłyszę chór snielski śpiewający "to onn to upiór tej opery".
Koniec ostateczny. Oklaski, owacja na stojąco. Bardzo dobrze- nie rzucaliśmy się w oczy nie oddając ani jednego oklaska i wymykając się w stronę wyjścia. Całe szczęście- były później śpiewane 3 piosenki na bis, których udało nam się uniknąć.

Nie ma opcji, zeby to dokładnie opisać, bo wszystko można ująć w zdaniu "stoi domek na inteligentnych platformach, czasem się obraca, słaba choreografia. 
Brak dynamiki akcji. Fabuły się nie czepiam, bo umówmy się i w filmie nie była ona porywająca, i tylko Meryll  to ładnie trzymała. Niestety nie ma ona polskich korzeni i może stąd ta klapa. Moze nie wszstko da się pokazać na scenie? Może to syndrom "skrzypka na dachu"- znasz film tak dobrze, ze każda zmiana i inny gest kują prosto w serce? Nie wiem.
Do samego teatru warto dodać, ze na sali coś się zmieniło z akustyką (może nowy sprzęt zakupiony?). Może to też kwestia miejsc, chociaż wątpię, bo parę razy zdarzyło mi się dalej siedzieć i nie narzekałam akurat na dźwięk. Tutaj brzmiało wszystko o wiele za głośno ale przede wszystkim miałam wrażenie, ze to playback, a w najlepszej opcji pół. Orkiestron niby był, ale brzmiało to jeszcze gorzej niż okrojeni Nędznicy. To, że śpiewają na żywo wiedziałam. Ale tak naprawdę do pokazania dyrygenta nie miałam pewności, czy to na pewno nie jest puszczone z płyty. Serio, było tragicznie.  Cokolwiek oni tam zrobili, powinni to zmienić. 

Nie pierwszy raz z tym spektaklem spotkałam się na scenie i mimo, że Londyńska wersja totalnie nie przypadła mi do gustu to Romie udało się zdecydowanie wystawić o wiele bardziej badziewną i tandetną wersję.
Z wielkim niedowierzeniem wspominałam czasy jechania do tego samego teatru na dwa Nędznikowe spektakle pod rząd. Teatr ten sam. Obsada zbliżona. Ale coś jest nie tak...
Swoją droga w Warszawie panuje moda na dawanie obsłudze w szatni napiwków. Każdy trzyma numerek a na nim monetę bądź banknot! Wiem, że w Romie takie rzeczy były wręcz wymuszane na widzach, ale żeby w innych też tak było? Oby do muzycznego ta moda za szybko nie dotarła ;)
Wkurza mnie, ze widowni wystarczy, że leci znany utwór i już im się zaczyna podobać. Ja wiem, ze najbardziej lubimy to co znamy. Ale płacąc 120 zł za miejsce przedprzedostatnie oczekuję czegoś więcej.Prezentacji piosenek w taki sposób, że szczęka mi opadnie albo polecą łzy śmiechu. Ale na innych wrażenie robiło.