poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Kabaret SMILE

Sobotni poranek- zero planów. Wakacje. Wszyscy wyjechali... Teatry w wakacje zamknięte. Nuda...Właśnie z powodu udało mi się stać szczęśliwą posiadaczką biletu na kabaret Smile.

Kabaret ten działa już wiele wiele lat na naszych scenach- w mojej opinii są w ścisłej czołówce. Pamiętam, gdy odkryłam ich na bodajże pierwszej Sopockiej Nocy Kabaretowej- śpiewali piosenkę o pierogach, byli moimi mistrzami! Kabaret i jedzenie- dwie najważniejsze rzeczy w życiu. Jednak wtedy był nieodpowiedni czas na naszą miłość- wszak byłam największą fanką innego kabaretu. 
W między czasie słynny kierowca Tira, Pan Stanisław, podróżował z nami w Nissanie Micra, w 5-osobowej ekipie, do Paryża. Nie pozwolił nam zasnąć, pomógł wrócić do domu, a i znaki na Kostrzyń mijaliśmy z wielkim uśmiechem. Później bardzo pozytywnie zwrócili na mnie swoją uwagę zbierając pieniądze na farbę, aby wymalować pewien ośrodek (mogę już źle pamiętać, ale cel był szczytny). Dziś, kiedy moja miłość jest bardziej podzielna, bez żadnego poczucia zdrady zasiadłam w 3 rzędzie i obserwowałam ich występ.

Mam wrażenie, że pierwszy skecz jest zawsze najtrudniejszy. Publiczność nie jest jeszcze rozgrzana, jest trochę skrępowana, właściwie to nie ma zamiaru zbytnio ujawniać się ze swoimi emocjami. Przez jakieś 10 sekund. Kabaret startuje od razu na pełnych obrotach, powodując, że wszelkie kremy przeciwzmarszczkowe w tej chwili zdają się na nic. Chłopaki mają nas już w garści- i nie odpuszczają. Wystartowali z wysokiego progu, ale nie lecieli wraz z kolejnymi skeczami w dół, niczym Adam Małysz na skoczni (czy młode pokolenie wie kim on jest?!). Każdy skecz był perłą. Widać, że program był przygotowany z głową, i był spójny. Bardzo mi się podobało to, że wiele skeczy było nieznane- właściwie prawie wszystkie. Mimo, że skecz typu "Merlin" bawi nawet obejrzany po raz setny tak samo- fajnie obejrzeć coś po raz pierwszy na żywo. Tak wiecie- z dumą po roku oglądasz ten skecz i mówisz:"taaa...ja już to widziałam w Sopocie. Słabe". 

Ci, co mnie znają, że dla mnie najciekawsze rzeczy są po spektaklu. Na scenie możemy podziwiać aktora w kreowanej przez siebie roli. Gdy zejdą do publiczności możemy poznać ich prawdziwą twarz. Byli naprawdę cierpliwi- to pierwsze, co ciśnie mi się na usta myśląc o tym skupisku ludzi przekrzykujących się w ich kierunku.Oczywiście pamiątkowe zdjęcie zrobiłam sobie i ja- i te parę wyrazów wymienionych z Panam ze Smile'a zachowam w sercu na zawsze. 

Mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia!

czwartek, 4 sierpnia 2016

PRAPREMIERA DRESZCZOWCA- Och Teatr 07/03/2015 r. Henry Lewis, Jonathan Sayer, Henry Shields

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Zmęczonym szarością dnia. Spójrzcie- mogło być gorzej- nie musicie wystawiać szkolnego przedstawienia!

No i po raz kolejny odwiedziłam Och teatr, i po raz kolejny się za ochowałam. Zastanawiam się, na jakiej zasadzie oni zatrudniają aktorów, bo poza teatrem montownia który na stałe z ochem/polonią współpracuje, znów same nowe twarze. No ale nic to, chodzi o spektakl.

Znajdujemy się na sali, gdzie za chwilę ma zostać wystawione przedstawienie przez grono pedagogiczne oraz uczniów Politechniki (myślę, że Warszawskiej). Poznajemy różnych profesorów i panie z dziekanatu. Już na samym początku okazuje się, że drzwi, które są na jednym z ważniejszych elementów scenografii nie otwierają się prawidłowo i mimo naprawy trzeba sobie radzić bez nich. Gdy drzwi miały swój udział w scenie aktorzy- amatorzy pukali w nie, po czym przechodzili na około scenografii, czekali na słowo "proszę" i udawali, że przechodzę przez drzwi. Wystawiony spektakl zaczyna się dość dramatycznie, ponieważ widzimy scenę śmierci jednego z bohaterów. Skąd wiemy, że to scena dramatyczna? Aby było to oczywiste dla wszystkich zostały zastosowane wszystkie formy przekazu, i w momencie gdy padało jakieś zakakująco-odkrywcze zdanie światła z reflektorów zmieniały swoją ciepłą barwę oświetlenia na krwawy czerwony. Gdyby ktoś w połączeniu słów i świateł się jeszcze nie zorientował w powadze sytuacji, akustyk dokładał jeszcze do tego dźwięk akustyczny, by na wszelki wypadek komuś ten szczegół nie umknął. Zdarzało się to oczywiście częściej niż powinno, momentami nie w tych momentach co trzeba, lub się nie pojawiały ku zdziwieniu aktorów i uciesze publiczności.

Umierająca postać- amator nie była w stanie spokojnie leżeć (ponoć trupów gra się najtrudniej i mamy tu potwierdzenie). Niestety, pan profesor miał katar i raz na jakiś czas kichał. Czasem się podrapał. No niestety, widocznie politechnika nie za sponsorowała pełnego zestawu warsztatów aktorskich. Na szczęście zawsze można liczyć na panią z dziekanatu, która mimo akcji potrafiła zupełnie niepostrzeżenie podrzucić chusteczkę i tylko wprawne oko widza potrafiło to dostrzec.
Na śledztwo w/s morderstwa przyjeżdża detektyw w bardzo śnieżną pogodę- wiemy to oczywiście dzięki pani z dziekanatu która posypywała scenę i odrobinę publiczności sztucznym śniegiem.
Detektyw chcąc wejść do pokoju denata, który znajduje się na piętrze przypadkowo niszczy scenografię, która dosłownie się zawala. Schody prowadzące na górę jednak zostają nie naruszone, więc pracownikowi nic się nie dzieje i postanawia dalej prowadzić śledztwo. Ma utrudnioną sprawę, ponieważ musi wejść schodami na górę do jego pracowni, po czym zeskoczyć ( później przystawia sobie drabinę) na dół, do pokoju którego szukał. Wygląda to przezabawnie, kiedy on tak lata góra-dół udając, że nic się nie stało i scenografia sprawuje się bez zarzutów. W kolejnych scenach schody też się psują- składają się tworząc zjeżdżalnie.

W trakcie prowadzenia śledztwa ktoś przypadkowo zabiera ze sceny klucze (chyba one były pierwsze..). Okazuje się, że to kluczowy rekwizyt. Poniewaz nie mamy odczynienia z profesjonalnymi aktorami, tylko osobami o grze aktorskiej na poziomie góra starszaków w przedszkolu, scena się sypie. Każdy kurczowo się trzyma swojej kwestii. W końcu pada zdanie "wezmę te klucze i idę po kogośtam"- okazuje się, że kluczy nie ma. Bierze zatem długopis należący do detektywa. Kolejna osoba przychodzi po długopis- zabiera notatnik. Detektyw przychodząc po notatnik nie zauważa go, bierze więc wazon i to na nim później spisuje zeznania świadków.
Młoda doktorantka  w zeznaniach myli kwestie- odpowiada na pytania, które nie zdążyło paść i padało jako następne po uzyskanej już wcześniej odpowiedzi. Aktorka traci przytomność i zastępuje ją pani z dziekanatu.Tekstu nie zna, ale marzyła o tej roli. Zakłada niedopinającą się sukienkę na siebie (swoją drogą baaardzo mi się podobała ta sukienka..) i z kartkami scenariusza odgrywa rolę.
W pewnym momencie  kwestie się zapętlają i dochodzi do ponownego wypowiadania kwestii. Aktorzy przy trzecim powtórzeniu orientują się, że coś nie gra i mówiąc po woli i wyraźnie kwestię próbują znaleźć błąd,który nie pozwala im przejść dalej. Kiedy już mamy nadzieję, że wreszcie pójdzie dalej, powtarzają wszystko znowu.



W początkowej scenie została rozdana whisky (czy jakiś inny trunek), niestety to jest teatr, więc nie była prawdziwa. Zastąpił ją z godnością płyn do mycia naczyń w niebieskim kolorze. Część aktorów się zorientowała i udała że pije, inni zaangażowani w grę aktorską nie zwrócili na to uwagi. I tu ponownie czuwała pani z dziekanatu, która dzielnie podbiegała z wiaderkiem.
Doktorantka czuje się już lepiej i mimo braku sukienki wychodzi na scenę by kontynuować kreację swojej postaci. Pani z dziekanatu nie jest zbyt zadowolona i w ramach buntu wpada w histerię i zdradza publiczności zakończenie spektaklu, wyjawia że profesor, który grał trupa jest teraz inną postacią (oczywiście nikt z publiczności by tego nie wiedział).

Oczywiście w spektaklu nie obyło się bez pomyłek tekstu, czytania kwestii z ręki czy stania i panikowania bo się nie pamięta co kto miał mówić.

Scenografii prawie nie było, poza wspomnianymi schodami/zjeżdżalnią na piętro oraz piętrem które skończyło jako parter oraz sofy.

Zawsze żałuje, że na komedie nie można iść po raz drugi. Nie będzie już tych samych elementów zaskoczenia fabułą czy grą aktorską. Zwroty akcji już nie będą tak nieprzewidywalne a i samo tempo akcji na tym traci. No cóż... To chyba jedyny minus spektaklu, więc chyba nie jest źle.
Zastanawia mnie tylko czemu my zawsze mamy tłumaczenia z kosmosu. Po angielsku- tytuł nawiązujący do fabuły spektaklu: "The Play That Goes Wrong" u nas kolejny wirujący seks z tego stworzyli. WHY!!!?

Oficjalne informacje o spektaklu
Zdjęcia pochodzą ze strony teatru.

SHREK, Teatr Muzyczny w Gdyni. URYWKI (2014r.)

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 11/10

Komu polecam?
Dorosłym, ewentualnie dorosłym z dziećmi. Przypomnijcie sobie czym jest piękny przyjazny świat. Bez problemów i wad.


Prawie cztery lata temu Maciej Korwin powiedział, że w naszym teatrze zostanie wystawiony Shrek. Wcale nie byłam z tego powodu szczęśliwa, zwłaszcza że oznaczało to przesunięcie premiery Złego na rzecz jakiegoś komercyjnego badziewia. No ale Broadway zaproponował- grzech odmówić wiec trzeba było podnieść rękawicę i zapoznać się librettem, zanim zacznie się narzekać- lub żeby chociaż zebrać argumenty na nie. I tak też słuchałam w tramwaju warszawskim ścieżki dźwiękowej- która w momencie uwertury mnie wciągnęła jak w jakiś magiczny świat. Część piosenek przeskakiwałam, za to niektóre odtwarzałam w kółko. Okazało się, że Shreka i Warszawę da się lubić. 

Zastanawiam się ile razy widziałam Shreka.. Zastanawiałam się nad tym długo i nie wiem czy ta ilość jest liczona w  rzędzie jednostek czy dziesiątek. Pewne jest to, że potrzebowałam trzech lat, żeby ten spektakl pokochać. Zobaczyć szczegóły, których nie dostrzegałam- docenić grę aktorską a przede wszystkim zmiany, które poprzez ewolucję spektaklu powstały. Zauważyłam też, że w końcu nie mam problemu z tym, że spektakl jest śpiewany po polsku, co niestety wcześniej mnie irytowało z racji znajomości angielskiej wersji. Może dzięki temu właśnie zobaczyłam jak dobrze bawią się tu słowami?
Ale od początku...

Big Bright Beautiful World
Uwielbiam moment kiedy kończy się uwertura, zaczynają ruszać się drzewa w takt muzyki a światła przy tym świetnie współgrają. Ale zawsze ogromnym szokiem, wcale nie pozytywnym, jest moment pojawienia się małego Shreka wraz z rodzicami. Wiem jesteśmy w teatrze, ale sa bardzo sztucznie zrobieni i to wytrąca mnie chwilowo z bajkowego świata. Na szczęście mały Shrek i rodzice nie stoją na scenie wiecznie, więc szybko pojawia się ten SHREK.

 Tym razem miałam okazję zobaczyć w jego roli Łukasza Dziedzica- i mam nadzieję, że już do końca wystawiania tego tytułu własnie jego będę na tym spektaklu widywać odgrywającego te postać./ BARDZO się cieszę że Dziad ma główną rolę. Jednak od czasów Franka za wiele nie miał czego tu pokazać i nic dziwnego, że musiał tułać się po jakichś Zaolziach- mam mowy ulubiony wyraz/. Więc pojawia nam się Shrekodziad i pierwsze co się rzuca to jego chudziutkie nóżki! Za moich czasów nie był chuderlawy, jednak puszystość kostiumu zrobiła efekt powiększający od pasa w górę, a nogi pozostały "własne"- mogliby to dopracować, ale.. czepiam się. 

...pojawia ten  się Shrek! Zaczyna śpiewać i już wiem, ze to jest odpowiedni aktor na odpowiednim miejscu. Wyskakuje z toalety krzycząc "gdzieś mam ten wasz przyjazny świat" i widzę w nim Javerta, który faktycznie tak jak mówi- tak jest. Pasowało to do tej postaci zwłaszcza gdy straszył mieszczan. I tak chodzi, straszy- obłęd w oczach. Po czym dociera do swojego odludzia i.. wrzuca na luz. Dziad- Shrek zaczyna tańczyć w różnych stylach, podśpiewywać i podskakiwać wesoło. Widząc Dziedzica w roli Perczyka faktycznie miałam wrażenie, że jest bardziej wyluzowany na scenie, ale to co się działo tu- było niesamowite. Wcześniej widziałam Ostrowskiego i Westera. U nich miałam to samo wrażenie- spektakl fajny, ale postać Shreka beznadziejna. Widać było, że nie dają rady się w tym kostiumie po prostu poruszać. Dziad kostiumu nie odczuwał wcale a wcale- dodatkowo potrafił zupełnie na luzie tańczyć. Dodatkowo nie miał problemu z wyciąganiem końcówek, z którymi panowie wcześniej sobie nie radzili. 

Scenę zakończył słowami "noo to teraz na ropuszki" i gestem sugerował, co to za ropuszki- wszyscy dorośli panowie nie ukrywali swojego śmiechu;)

Story Of My Life- jedną ze świnek był Baca. On zdecydowanie może powiedzieć że praca jest dla niego przyjemnością a nie przykrym obowiązkiem- niczym Ola Meller skradał mi wszystkie zbiorówki. W chóralnym odśpiewaniu "odmień nasz zły los" bardzo mi się spodobało zapełnienie sceny. Po prawej stronie stał cały tłum wyrzutków po lewej zaś siedział Wilk okrutnie zły (Sasha) i melorecytował wyraz LOS. Był przecudowny i mimo że tylko siedział (choć dynamicznie) na krześle, to nie sposób było na niego nie patrzeć. Nie wiem czemu ale lubię jak aktorzy na scenie właśnie w ten sposób się ustawiają.

Tuż przed spotkaniem Osła (K. Wojciechowski )- czyli szukając zamku, Dziad mówił- i przypomniało mi się, że on sepleni. Przypomniało mi się nie dlatego, że zaczęłam wspominać nasz wspólny powrót do Gdańska i tę upojną noc.. On po prostu stal i seplenił na scenie tak strasznie, i nie wiem jak wielkie trzeba mieć znajomości, żeby mimo wszystko zostać aktorem.
Don't Let Me Go- Zawsze w tej scenie było tak, że Osioł biegał, skakał, błagał, żądał- a Shrek chodził od lewej do prawej kieszeni nie mogąc znaleźć miejsca. Tym razem właściwie odpychanie Osła przez  Shreka było tak świetnie ograne, że właściwie to była jego scena. Pierwszy raz miałam wrażenie, że to Shrek ma większe ADHD niż Osioł. I w sumie chyba nie tak powinno być- ale mi się podobalo :)

I Know It's Today-  niegdyś moja ulubiona piosenka- tym razem wypadła najgorzej. Może dlatego, że jednak nie przepadam za Fioneczką  na którą tym razem trafiłam. Tym razem była wnuczka dyrygenta, której to śpiewanie nie bardzo jednak wychodzi. Do tego, malutka (6cioletnia) Fioneczka zaczęła dojrzewać i jej biust widoczny pod sukienką już odejmował jej uroku i nie bardzo wiarygodnie wyglądała siedząc z misiem na kolanach. Fionka nigdy mnie nie porywała, ale na koniec weszła ONA- Fiona Smukowa! Nigdy jeszcze jej nie widziałam w tej roli! Jaka ona była cudna! Zakochałam się!

Travel Song- Jedna z moich ulubionych piosenek- i do dziś nie rozumiem, czemu jej na West Endzie nie wprowadzili w spektakl. Długa droga przebyta przez panów-

Who I'd Be- tu uwaga szok! Tyle razy na spektaklu byłam, tyle wersji słuchałam, a tu niespodzianka! Początek to są jakieś dwa-trzy takty, tak powiązane z



  "Bring him home". Aż dziwne, że na fali uwielbienia Nędzników nie zauważyłam tego!
Uwielbiam tę piosenkę. Chyba dla niej ( i jeszcze "zerwalem kwiatek") warto się pojawić na tym spektaklu. Właściwie jest za każdym razem inna- zależy w jakim etapie życia się ją ogląda. Czasem jest pesymistyczna do bólu. Czasem daje cień nadziei. 

Zdecydownaie jest to spektakl dla dorosłych. Naprawdę, nie sądzę, żeby dzieciom się mógł podobać- jest zupełnie inny niż bajka- w dodatku używają tu trudnych wyrazów- które z dzieci wie co to linie demarkacji czy impas...
Zauważyłam też tym razem wiele "ludzkich" cech nadanych bohaterom, ale nie takich oczywistych: Shrek-mężczyzna-silny, Fiona-kobieta-delikatna. Te relacje były tak zmienne i w pewnym momencie wydawało nam się, że w tym spektaklu jesteśmy Osłem, później Fioną na Shreku kończąc.

Mam wrażenie,ze cała obsada, choć w dużej mierze wymieniona- zaczęła się spektaklem wreszcie bawić. Dotarli do etapu, że żadna wpadka raczej ich już nie zaskoczy i dadzą radę to ograć jakkolwiek to pójdzie. Efektem tego jest bardziej zapełniona scena i smaczki,które można wyłapywać.

Zastanawia mnie, czemu Korwin nie wybrał od razu Łukasza do obsady. Początkowo sobie przypomniałam, ze to był okres Nędzników na których wypadało, żeby jako pierwsza obsada się pojawiał. Jednak przecież grał Farquada, więc na miejscu był.


zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Muzycznego 

OKNO NA PARLAMENT- Teatr Muzyczny w Gdyni, Cooney, scena Nowa


SPEKTAKL: 8/10

REŻYSERIA: 8/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Wypoczętym. Tyle się dzieje, że trzeba nie lada skupienia, żeby się połapać. Wybierz się w doborowym towarzystwie, a po spektaklu wybierzcie się na kolację przypominając sobie najśmieszniejsze gagi.


Kolejna premiera spektaklu, który nie wiedzieć czemu pojawił się w repertuarze teatru muzycznego. Wcześniej takim tytułem było "39 stopni"- farsa słaba, nie mniej jednak bardziej skupiłabym się tu na gatunku , a nie na tym, czy się podobało, czy nie. Dlaczego teatr MUZYCZNY podejmuje się wystawiania spektakli dramatycznych? Jako widz przeciętny, który nie wchodzi w szczególy spektaklu, mogłabym czuć się wręcz rozczarowana, że nie jest to musical, lub chociaż spektakl muzyczny czy wodewil. Wracając do sztuki bieżącej...
Okno jest kolejnym przedstawieniem Ray'a Cooney'a, w przekładzie Elżbiety Woźniak. Duet można powiedzieć, że sprawdzony. Pani Elżbieta nie raz już podejmowała się tłumaczeń tego reżysera z dużą skutecznością. Niestety jeśli chodzi o samą fabułę spektaklu- mnie lekko rozczarowała. I nie chodzi tu o to, że było nie śmieszne. Było, sama się nawet parę razy głośno zaśmiałam, pomimo, że większość uśmieszków początkowo udawało mi się skutecznie stłumić w sobie. Treść spektaklu, można powiedzieć jak na autora- banalna, nie przewidywalna. Czasem zazdroszczę ludziom, że nie mają styczności ze zbyt wielką ilością spektakli, bo mogą spojrzeć na ten zupełnie inaczej.

Akcja tradycyjnie zaczyna się na spokojnie. Widzimy Rafała Ostrowskiego wraz z A.M. Urbanowską. Właściwie tu już też nic nie zaskakuje (no.. może poza tym, ze aktorka schudła i się ładnie prezentowała na widowni): Ostrowski  wyglądał jak ulizany pedofil i ciągle w głowie miałam "Ilse..czas na bajeczkę.." <Przebudzenie wiosny- piosenka, w której ojciec gwałci swoje córki>. On się wręcz ślinił na widok panienki. Fuj. Urbanowskiej nigdy nie lubiłam, i chyba jak w przypadku Karoliny T. nie prędko to nastąpi. Była poprawna, o ile wypada mi to napisać- ładna, ale irytująca. W krótkim czasie poznajemy właściciela hotelu (T. Fogiel), kelnera (M.Richter), dowiadujemy się, że Oset nie jest byle jakim posłem tylko najważniejszym premierem a sekretarka z którą wybrał się na noc do tego hotelu- jest sekretarką z innej partii. Chcąc skonsumować tę niepochlebną znajomość Ona podchodząc do okna odkrywa- trupa. Trup nie byle jaki, bo zaglądający przez okno do pokoju- w tej roli sprawdził się świetnie Aleksy Perski, który nie raz musiał się przewrócić, bądź przeturlać po niezbyt miękkim podłożu. Nie chcąc rozgłosu Bóg chowa trupa do szafy, wzywa swoją prawą rękę na pomoc w ratowaniu tej sytuacji.Dalej akcja toczy się bardzo szybko- nie sposób to wszystko wymienić. Jednak z ciekawostek i innych takich spostrzeżeń:
-R. Ostrowski chodził w szlafroku ze spektaklu "My Fair Lady". Szlafrok był własnością prof. Higginsa, którego odgrywał M. Richter często stojący tuż obok niego w stroju (niegdyś swojego)kelnera.
- już nie pamiętam kto jechał do tej ciotki- ale jechał do ciotki mieszkającej w Felixtowe- Ciotka istniejąca w spektaklu Mayday 2 tego samego reżysera
- K.Kurdej pojawia się na scenie jako siostra
-A. Perski grał trupa. Gdy został chowany do szafy był niby "wieszany" na haczyku na ubrania. Oset go podnosił i wieszał o kark płaszcza, równocześnie gdy trup delikatnie unosząc się na palcach pomagał mu to czynić i ostatecznie wisiał powierając swoje stopy o deseczkę na drzwiach zamontowaną. Nic dziwnego- tu jest teatr, nikt się nie spodziewa, że facet o męskiej wadze będzie wisiał na kawałku materiału i dyndał. Nikt prócz pani siedzącej obok mnie. Ona była zachwycona tym, że Oset go uniósł i powiesił. Zachwycona? Mało powiedziane. Zakładając sytuację, że na scenę wróciłoby Francesco lub Fame, a byłabym w miejscu, gdzie należałoby zachować ciszę i spokój, myślę, że nasze radości były by w tym samym stopniu w skali zachwytu.
- noooo i oczywiście wszystkowiedząca publiczność. Wiem, jestem wredna, ale wkurza mnie człowiek siedzący na widowni przewidujący przyszłość. Umówmy się, nie była to komedia, w której wszystko zaskakiwało. Były sceny/dialogi, które po prostu były do przewidzenia. I w tym momencie pan Zenon z 2 rzędu teatralnym szeptem zdradzał swoim znajomym co aktor stojący na scenie zaraz powie. Trafiał lub nie- bo jak mówiłam, część było ciężko przewidzieć. Ale myślę, że gdzieś po świecie chodzi jeszcze jeden Bóg, o którym nie wiemy. Oczywiście takich proroków było paru, więc momentami można było usłyszeć parę wersji wydarzeń.


Spektakl w mojej opinii ma bardzo dobre tempo, czasem nawet za szybkie- ciężko sobie zakodować jakąś informację kto jest kim i co właściwie robi, bo zmienia się to po raz kolejny. Mimo wszystko zostaje czytelny i przede wszystkim zabawny. Jest umieszczony w schemacie typowych komedii dla tego reżysera, ale to też chyba normalne, że oni lecą pewnymi schematami. Publiczność świetnie się bawiła, ja nie uważam, żeby wieczór był zmarnowany.
Po pierwszym akcie nie byłam zbyt zadowolona. Właściwie, gdy usłyszałam, że komuś się podoba tempo akcji oraz fabuła, myślałam, że się nabija. Drugi akt na szczęście nadrobił na tyle, że spektakl mogę nazwać zdecydowanie udanym. Jednak nie wybiorę się na niego po raz drugi- jednak komedie dwukrotnie nie bawią.
Oczywiście nie zawiódł również pan Rudziński, który tradycyjnie wyraził swoje odwrotne zdanie na temat spektaklu. Ja nie wiem jak on to robi? Zbiera opinie i pisze wszystko przeciwnie? Może posiadł moje zdolności w rozwiązywania testów tak, by żadna z odpowiedzi nie była prawidłowa i wzbudzić wszelki zachwyt? Zagadka wciąż nie rozwiązana.

Opis przedstawienia na stronie teatru
Zdjęcia pochodzą ze strony teatru.

MISS SAIGON, Prince Edward Theatre, London





Jak bardzo matka potrafi kochać swoje dziecko, wie tylko kobieta, która je traci- takim właśnie zdjęciem zainspirował się 25 lat temu Claude-Michel Schönberg i postanowił tym samym wokół postaci takiej silnej kobiety zbudować spektakl. Chyba najpiękniejsza opowieść o miłości matki do dziecka. Matki, która zrobiłaby dla niego wszystko, żeby miało szczęśliwe, bądź chociaż godne życie.  Osoby niesamowicie silnej, kochającej i wierzącej.
Wersję Romową widziałam jedynie nagraną, więc nie do końca mam pewność, czy nie była to np skrócona wersja tego, co było na scenie.
Ale jest nw pewno coś, czego Roma nie ma i mieć nie będzie (chociaż, jak im się wjedzie na ambicję, to kto ich tam wie..). Akcja spektaklu dzieje się w Wietnamie, i w spektaklu 90% aktorów to skośnookie ludziska- moja ignorancja rasowa nie pozwala mi poznać dokładnie, czy nie wmieszali sie tam jacyś chińczycy, zwłaszcza z jednego z ostatnich rzędów. Żeby bylo Romie jeszcze trudniej dogonić taki standard to na widowni siedziało właściwie 99% ludzi z nie kaukaską urodą. Właściwie to chyba my dwie byłyśmy biełe ludzie ;)

Pierwsza scena rozpoczyna się w Dreamland, czyli wietnamskim burdelu. To tam amerykańscy żołnierze chodzili sie rekalsować. Zupełny przypadek sprawił, że trafia tam Kim, dziewczyna 17letnia, która musi jakoś przeżyć i zaczyna tam pracować (właściwie jest dość mocno do tego przymuszana, pięknie ograne mimo, że dość zbyt brutalnie biorąc pod uwagę siedzące na publiczności dzieci). Tu zdecydowanie wszystkie sceny były bardziej wulgarne, scena mocno przepełniona panienkami, rurami, piórami i wszelkimi błyskotkami.
Swój pierwszy raz Kim zalicza z Chrisem, który w sumie też nie wie czemu z nią poszedł (faceci...). Właściwie zaraz po okazuje się, że właściwie to on ją kocha. Ona, to już w ogóle szaleje z miłości od pierwszego spojrzenia. I tu nastał moment odśpiewania songu miłosnego podczas którego nie mogłam się zdecydować, czy Boski Damian Bogdan Emanuel Aleksander jest gorszy, czy ten obecny na scenie Chris. Oboje byli równie beznadziejni. Za to byłam zaskoczona Kim, która śpiewając wysoko, nie była ani trochę piskliwa. I nie wynikało z przesuniętej skali glosowej, ponieważ doły miała równie głębokie i pełne. Aktorsko też nie można jej nic ująć.
I po takim śpiewaniu jak bardzo się kochają w Romie pojawia się jakiś główny wietnamski przywódca, który dzięki "pomocy" Alfonsa- wujka Sama odnajduje Kim i chce zabić jej syna i z nią być. Troche to głupie i nigdy tego motywu nie ogarniałam- trochę jak z Javertem goniącym ValJeana bez jakiegokolwiek sensu.

Aż tu nagle... okazuje się, że pomiędzy tymi scenami jest brakujące ogniwo! Scena, która wyjaśnia właściwie wszystko. Otóż w burdelu spotykają się wszystkie pracownice- tym razem ubrane odświętnie. Wchodzi Chris i okazuje się, że biorą oni ślub. Po czym właśnie w tym momencie wpada najważniejszy władca Wietnamu i okazuje się, że w końcu wrócił, i że właściwie dlaczego Kim na niego nie czekała? No i się biją, Kim mówi mu, ze właśnie wyszła za mąż i że już go nie kocha. Po czym akcja zawiesza się na 3 lata. Widzimy, że już jest po wojnie i kolejne coś, czego Roma nie miała- fajerwerki mna scenie i latające chińskie smoki. Była piękna gra świateł, która powodowała, że żołnierskie ruchy pomiędzy nimi wyglądały na jeszcze szybsze, bardziej dopracowane i w ogóle  typowe dla wietnamskiej musztry gdzie każdy ruch jest perfekcyjnie wykończony. W tle pojawia się piękna, złocona przywódcza twarz (a nawet gęba)- która ponownie oświetlana pod odpowiednim kątem nabierała różnych wyrazów, mimo, że była po prostu zwykłym stalowym odlewem.

Niesamowitą sceną jest ostatnia w której dzieje się tyle, co a brazylijskich serialach razem wziętych, i to jeszcze w  formie musicalu. Scena nagle zyskuje niesamowitą głębię, tyle płaszczyzn, pięter, że ludzki umysł nie hjest w stanie tego wzrokiem ogarnąć- nie wiadomo gdzie patrzeć.
Kim po oddaniu syna zabija się
Chris łapie ją i całuje i w ogóle obściskuje, jak Marius Eponin (no nawet w tym samym fragmencie sceny klęczał, nie mówiąc już o nędznej scenografii).
Żona Chrisa za to bierze dziecko i je przytula, akceptując jego obecność i wpuszczając go w swoje życie.

Po tym spektaklu wiem, że Wietnam będzie miejsce które kiedyś odwiedzę. Wiem, że wojna wietnamska a musical i świat teraźniejszy to dwie różne sprawy. Ale do listy miejsc które kiedyś zobaczę na własne oczy dołączę. Bo czemu nie?


Gratis!
Spektakl skończył się ok 22- na dworze panuje mrok.
Zgodnie z Westendowską tradycją przed wyjściem czekały taksówki, ryksze i bryczki- nic wyjątkowego. Wystarczyło odwrócić głowę, a  byliśmy tam. W Azji! Teatralne wyjścia było skierowane w stronę China Town! Mijały nas grupki Azjatów, a czerwono złote lampiony pobłyskiwały, wydłużając emocje po spektaklowe.
I owszem- wietnamska restauracja była moim celem jako punkt gastronomiczny tego wieczoru!

Di, Viv i Rose- teatr Capitol, Warszawa

SPEKTAKL: 1/10
REŻYSERIA: 3/10
SCENOGRAFIA: 5/10

Komu polecam?
Największemu wrogowi! Czytasz to? Załatwię Ci wejściówkę!!!
 Przedstawienie Warszawskiego  teatru Capitol odwiedziło gościnnie Gdynię- odwiedziłam je i ja. Jak na spektakl gościnny przystało, muszą być "nazwiska" bo bez nich bilety nie zostaną sprzedane w komplecie. Była więc Joanna Brodzik i Daria Widawska, których nigdy nie miałam możliwości zobaczyć na scenie. Co zaskakujące- bilety nie zostały sprzedane nawet w pół komplecie i zastanawia mnie czy to kwestia ceny (70 i 90 zł- jedne z tańszych biletów na gościnny jaki widziałam) czy innych spraw około spektaklowo- impresaryjnych.
A teraz do rzeczy.
Fabuła. Powiedziałabym, że banalna. Czasem wplatali wątki, które nie były zupełnie potrzebne co tylko spowalniało i wyciągało spektakl do maximum.
Ale od początku... Spektakl rozpoczyna się w akademiku, widzimy 3 różne od siebie dziewczyny, poznajemy bohaterki. Szybko się dowiadujemy, że Di jest lesbijką, Rose prostą, wiejską dziewczyną, Viv zaś kocha modę i jej poświęca każdą chwilę na pisanie esejów na różne tematy z tej dziedziny. Na akademickim korytarzu dziewczyny się zapoznają- Rose polubiła Di, jednak zdecydowanie do gustu jej nie przypadła jej koleżanka- Viv. Później oczywiście są przyjaciółkami na śmierć i życie. Zamieszkają w mieszkaniu zakupionym przez prawie ojczyma Rose, jakoś sobie ukłądają swoje życie. Poznajemy wtedy bohaterki szerzej. Właściwie jeśli chodzi o Di i Viv- one wciąż podtrzymują swoje upodobania wspominając o nich w luźnych rozmowach, jednak Rose okazuje się nie być grzeczną dziewczynką, która uwielbia stać w kuchni i gotować dla całej studenckiej rodziny. Jej hobby to zaliczanie sporej ilości facetów w niezbyt długim okresie. Oczywiście ze sto razy musi przejść się po scenie nie mogąc złączyć nóg i chłodząc się tu i ówdzie, bo cholera jasna bez seksu i przekleństw nie ma spektaklu! Już trochę znamy bohaterki.. mija jakieś 30 minut.. I tak się zastanawiam, gdzie jest jakaś fabuła! No ale lecimy dalej. Dziewczyny urządzają mieszkanie, wybierają się nawet na imprezę. Kolejny drętwy wątek- 3 stojące babki udające, że świetnie bawią się na scenie- litości! Jedyne co mnie w tym zaciekawiło to przebranie- każda z aktorek na swoje ubranie założyła szlafroko-sukienkę i jakąś perukę na włosy. Joanna Brodzik włożyła taką kolorową, trochę punkową czuprynę i w tym momencie stanęła mi przed oczami scena z "Jasnych Błękitnych okien" gdzie między przerzutami właśnie Brodzikowa idzie w podobnej peruce na imprezę i parę scen później umiera. Dobra, to takie moje skojarzenie i syndrom dr Lubicza, który już nim wiecznie pozostanie. Ale od tej sceny przestałam już się "dobrze bawić", bo czułam, ze ktoś zaraz umrze i wkurzali mnie ludzie śmiejący się wokół. Po imprezie w domu nasza lesbijka Di zostaje zgwałcona, Viv dostaje propozycję wyjazdu do NY aby rozwijać sie bardziej w branży modowej, Rose zaś okazuje się być w ciąży. Można powiedziec, że każdej z nich świat się odwrócił do góry nogami. Można było wątki fajnie pociągnąć, urozmaicić. Ale nie... Właściwie tak jak w jednej scenie Di jest gwałcona, w kolejnej idzie na terapię i już jest wszystko w porządku. Rose jedzie do mamy chorej na depresję ( wspomniane 10 razy w spektaklu, też nic nie wnosi do niego) żeby powiedzieć o ciąży, następnie rodzi bliźnięta japońskie i ledwo sobie radzi. Viv rozwija swoją karierę, zaprasza nawet swoje przyjaciółki na wernisaż(?) i opowiadają sobie szczegółowo co u nich w życiu się wydarzyło. Rose stwierdza, że wyjdzie za kolesia który się wokół niej kręci- a przyjaciółki mają na ślubie przemówić.

I uwaga, scena chyba jedyna, która mi się podobała, choć byłą oczywista od samego początku. Więc tak- na scenie kanapa i obraz zostają pokryte czarną płachtą materiału. Oświetlenie sceny też dość nie jasne, wręcz mroczne. Punktowe światło na scenę oraz przemawiającą jako pierwszą Di nie jest też zbyt mocno kontrastowe. Więc właściwie każdy,kto choć trochę myśli, może się domyślić, że coś tu jest nie tak. Di zaczyna przemowę a'la przemówienie na ślubie, kończy mową pogrzebową. Okazuje się, że Rose przechodząc przez pasy została śmiertelnie potrącona.
I TU BYŁ IDEALNY MOMENT NA ZAKOŃCZENIE SPEKTAKLU, jednak nie nastąpił...Myślałam, że umrę z głodu, a świadomość jechania na cheesburgera po spektaklu nie pozawlała mi się skupiać na dlaszej fabule. Nie pomagało również chrapanie pana po mojej prawicy i świadomość, że pan po mojej lewicy też już ogląda spektakl przez zamknięte powieki.

Z trzech muszkieterek zostaja już tylko dwie, chwilę później okazuje się że Viv życie nie jest takie cudowne jak jej się wydawało, a Di ma raka i przerzuty (wiedziałam!!!! :D ). Oczywiście nie było to tak w skrócie powiedziane. trawało całą wieczność. Tak samo jak niezasłużone oklaski.
No dobra, nie było tak źle, zawesze jeden spektakl więcej widziałam, parę godzin spędzonych w muzycznym to też coś! Nie mniej jednak wkurza mnie, że wystarczą "nazwiska" na scenie, i spektakl może być bylejaki. I jeszcze jedno, co mnie wkurza, to to, że ludzie są po prostu głupi. I to, że idą do teatru nie oznacza, że im IQ podskoczy do góry. Pisałam juz o tym przy okazji seksu dla opornych, ale tu też było małe potwierdzenie tego. Otóż po scenie pogrzebowej dziewczyny przepełnione żalem rozmawiają o życiu Rose i schodzą na temat faceta jej matki. Pijana Viv wykrzykuje w jego kierunku, że był "chujem". I w tym momencie scena z której wręcz wylewał się smutek i żal, dla niektórych stała się sceną zabawną, ponieważ padło na scenie przekleństwo! No faktycznie, jesteśmy zabawnym narodem...

"Trzy przyjaciółki na scenie i w życiu prywatnym. Studenckie życie, pierwsze miłości, wariackie decyzje. Jak wpływają na ich dalsze życie? Wyjątkowa okazja aby zerknąć "od kuchni" na relacje bratnich dusz na scenie. Kobiet nieprzeciętnych, zabawnych i ciekawych życia. Codzienność ale bez rutyny. Historie pełne śmiechu i wzruszeń. Poruszający, zabawny i bogaty w emocje spektakl o towarzyszkach życia na dobre i złe."
Czytając ten opis, zastanawiam się, czy byłam na tym samym spektaklu.. Nie wiem gdzie pełnia śmiechu i wzruszeń.. Ale ponoć niektórym się podobało.

TANGO 3001, G. Castellanos

Prolog
Z wielką radością przeczytałam zawiadomienie, że Teatr BOTO ma swoją nową siedzibę. Ale łzy szczęścia pojawiły się, kiedy moje oczy dostrzegły tytuł pierwszego spektaklu, który będzie miał tam swoją premierę.
"Tango 3001"- idę!
Jak wynikało z opisu spektakl ten ma być kontynuacją "Tango Nuevo" kooprodukcji wystawianej w 2011r. przez Olsztyński Teatr im. S.Jaracza oraz Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni . Spektakl oglądałam na obydwu scenach wielokrotnie i chłonęłam emocje, ruchy, gesty i kroki samotnych istot na opuszczonym metrze w Buenos Aires. Wiele bym dała, za obejrzenie ponownie tego przedstawienia, który po cichu zniknął z obydwu scen (dlaczego o takich rzeczach nie informują?). Do tej pory jedyną możliwością przypomnienia sobie tejże produkcji miało być wyświetlenie  nagrania z tego spektaklu na Olsztyńskiej plaży.

Sobota, godz. 20.00.
Wchodzimy na nową scenę teatru. Poza skromnym powitaniem i zaproszeniem na spektakl przez jednego z założycieli teatru- Adama Nalepę, powitała nas wszechogarniająca ciemność na sali oraz siedzące w jej rogu aktorki. Zajmujemy swoje miejsca, nie mówimy prawie nic. Skoro aktor jest na scenie, przedstawienie się zaczęło!
Delikatny dźwięk pozytywki przerywa nam jej głośne zatrzaśnięcie oraz werble i dźwięki nalotów. Jesteśmy w Buenos Aires w roku 3001.

Zaczynamy!Mamy do czynienia z ogromną tęsknota oraz wolą walki. Pewność siebie, przeplatała się z ogromnym żalem i rozgoryczeniem. Wszystko to wyśpiewane przez postaci zatracone w sobie. Mają to samo imię, a w kwestionariuszu na pytanie o płeć zaznaczają odpowiedź "unknown".  Mimo niemal tysiąc letniego odstępu między czasami w których my żyjemy, nie otaczają ich szklane domy, czy przedziwne pojazdy latające. W koło nie ma zieleni i szczęśliwie biegających dzieci. Mamy tutaj pustkę. Apokaliptyczną pustkę, z którą próbują sobie poradzić, lecz, co ludzkie, przechodzą przez fale wielkiego smutku oraz euforii- bo jedynie dając upust tym emocjom są w stanie dalej w  takim świecie funkcjonować. Muzyka jest dla nich pewnego rodzaju terapią, która poprzez głośne wypowiedzenie swych wspomnień pomaga wrócić do normalnego życia a przede wszystkim do dalszej walki o nie.

Realizacja
Aktorsko mamy do czynienia z wielkimi solistkami naszego teatru Muzycznego- Magdaleną Smuk oraz Renią Gosławską towarzyszy im Agnieszka Castellanos-Pawlak, która na co dzień jest aktorką teatru w Olsztynie, ale pamiętać trzeba, że w Studium Wokalno-Aktorskim oraz scenie gdyńskiego teatru stawiała swoje pierwsze kroki. Renia jest największym na pomorzu wulkanem energii, co wspaniale wykorzystał reżyser przedstawienia. Słuchanie jej interpretacji utworów, które po woli narastały aby na koniec wybuchnąć były ogromna przyjemnością. Wzruszająca i chwytająca za serce w prawie każdym utworze Magdalena Smuk, pokazuje również swoje drugie, zdecydowanie bardziej  stanowcze oblicze (Che tango che).
Zwykle przeszkadza mi, kiedy spektakl jest odtwarzany z półplaybacku, jednak w tym wypadku orkiestra zaburzyłaby wszelką harmonię przedstawienia.
Aktorki bardzo dobrze poradziły sobie z brakiem mikroportów, z którymi zwykły śpiewać- niektóre frazy były czasem ledwie słyszalne, ale wynikało to wyłącznie z interpretacji utworu a nie z niewłaściwej emisji głosu.

Pomyśleć by można, że realizacja spektaklu w oparciu o motywy utworów Piazzoli jest w pewnym sensie "pewniakiem". Muzykę zna sporo osób, a wiadomo, że najbardziej lubimy  piosenki, które się zna. Przypomnijmy sobie jednak "Tango Piazzola", reż. Józefa Opalskiego z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie- po przerwie widownia świeciła pustkami. To dowód na to, że pomimo solidnych fundamentów przedstawienie się nie uda, jeśli reżyser nie będzie miał na niego pomysłu.
Ale powiedzmy sobie szczerze- "Tango 3001" to nie kontynuacja, a ten sam spektakl. Ale przecież jeśli coś jest dobre- wystarczy jedynie dostosować go do nowych warunków i wystawiać jak najdłużej!