wtorek, 6 września 2016

MIŁOŚĆ W SAYBROOK, Teatr 6. piętro, Eugeniusz Korin


SPEKTAKL: 9/10
REŻYSERIA: 9/10

Komu polecam?
WIesz jakie orzeszki podaje się do relacji z golfa? Nawet, jeśli tak, warto zweryfikować tę wiedzę. Sztuka nie zmieni Twojego życia, ale na chwilę pozwoli o nim zapomnieć.



Teatr 6. Piętro był pierwszym teatrem, który miałam okazję odwiedzić. Po biegu z przeszkodami oraz szybkim zameldowaniu się w hotelu udało mi się dotrzeć do kas. Jak wiadomo, w teatralny weekend każdy grosz się liczy, więc  nie było mowy o zakupie biletu normalną drogą. A z wejściówkami bywa różnie- raz są, raz kolejka stoi godzinami pod kasą, więc nie wiem co mnie pod nią spotka. 
W pociągu miałam jeszcze jedną obawę- wejściówki będą, ale czy uda mi się szybko odnaleźć teatr? Pojęcie "Pałac Kultury" w przypadku jakiego teatru test niezwykle szerokim zagadnieniem- i nie bardzo uśmiechało mi się latanie wokół budynku, bo szanse na otrzymanie wejściówki mogły spaść do zera. Podchodzę pod PKiN i... widzę wieeeelkie szyldy, że to tu! 
Wspaniale, bez większych poszukiwań weszłam do kasy a w niej bez (na szczęście) problemu otrzymałam upragnioną wejściówkę- i to nie byle jaką. Warto pochylić się nad formą- bileciki są pakowane w tekturową kopertkę, dzięki czemu się nie pogniotą ale i pięknie wyglądają! Jednak ową radość sprawił fakt, że wejściówki są na miejscach numerowanych- i to w pierwszym rzędzie! Nie zależnie wiec od tego jaką widoczność to miejsce będzie reprezentować- byłam bardzo rada. 
Pierwszy raz się również spotkałam z sytuacją, gdzie wejściówki można kupić już godzinę przed. To ma same zalety! Nie dość, że miałam możliwość kupienia czegoś do przegryzienia po podróży, nie musząc prosić osób w kolejce, żeby przypilnowały mi miejsca, to ma dodatkowy atut- jeśli przyjdę i okaże się, że wejściówek brak: zdążę dobiec do innego teatru!

Do spektaklu miałam jeszcze niecałą godzinkę, więc usiadłam sobie na ławce przed budynkiem, jadłam jabłko i obserwowałam pobliską Warszawską potańcówkę prowadzoną przez DJ Wika- kobieta parę razy starsza ode mnie, a obecne przeboje zna lepiej niż ja!

Na mnie już pora, lecę na spektakl! Wchodzę ponownie do budynku i dopada mnie lekka konsternacja- gdzie iść. Bo o ile kasy/toalety/inne były oznaczone, to jednak wejście na salę nie bardzo. Oczywiście, że nazwa teatru sugeruje, że należy udać się do windy, nie mniej jednak nie każdy wie, gdzie ona jest, więc skoro już jakieś tam oznaczenia są, kierunek sali byłby wskazany. 
Foyer wygląda wprost bajecznie! Nie wiem co sprawiło, ale bardzo mnie urzekło. Co ważne, jest ogromna ilość stolików oraz siedzeń, co sprawia, że komfort oczekiwania na spektakl wzrasta do maksimum. Do tego piękne, kolorowe pufy- cudo! 
Wchodzę na salę, aby zobaczyć zarówno salę jak wygląda moje siedzenie- wszak to najtańszy pierwszy rząd, coś musi być z nim nie tak...Miejsce jak dla mnie wspaniałe! Wiem, dlaczego było w sprzedaży"tańszej" jednak to właśnie te miejsca lubię najbardziej, więc  siadam i przygotowuję się do zadzierania brody do góry i podziwiania. (Jak się później okazało mogłam filowac pod kiecki, sprawdzić marki butów oraz zobaczyć kto miał operację wyrostka robaczkowego). Jedyne co mnie martwi, że strasznie jest w tym moim rzędzie zimno. Pewnie scena wymaga takiego nawiewu dla aktorów, nie mniej jednaj, żałuję, że nie mam na sobie czegoś cieplejszego. Moje nogi właściwie opierały się nie o scenę a o materiał,którym podscenie było okryte. Niesamowicie musiałam walczyć ze sobą, aby tam nie zajrzeć.
Zaczynamy!
<Rozbłyskają reflektory, a ja czuję... ciepło. Jest mi dobrze>

Spektakl rozpoczyna Andrzej Poniedzielski, którego mam okazję zobaczyć po raz pierwszy na scenie w roli kogoś innego, niż siebie. Chociaż... w swoich wypowiedziach zawarł fragmenty swoich tekstów, więc trochę sobą pozostał. 
Na scenie pojawiają się co róż kolejni aktorzy. M.in. Wiktor Zborowski, którego od lat na scenie nie widziałam. Tu Liszowska, tam Bohosiewicz. I nagle, w drzwiach staje... Jamie Oliver we własnej osobie. Noł łej, mówi poprawną polszczyzną, z resztą, on jest kucharzem, nie aktorem! Zawsze w takich chwilach żałuję, że nie przeczytałam jednak programu. Tak więc wchodzi Jamie Olivier z przecudownym zacieszem na ustach, który towarzyszy mu prawie do końca. Jest on moim numerem jeden jeśli chodzi o bohaterów! Jego oczy, szukające jednak gdzieś intelektu i większego zrozumienia całej zagmatwanej sytuacji i szczery zaciesz na twarzy przy każdej sytuacji był niesamowity. Jarał się każdym wydarzeniem- a kiedy został odnaleziony pamiętnik Normana, słuchał go z takim zapałem, jak najlepszego scenariusza filmu dla dorosłych. Scenografia, początkowo biedna zostaje całkowicie odsłonięta a naszym oczom ukazuje się piękny (plastikowy) ogród. 

Oczywiście na samym spotkaniu wszystkich postaci spektakl się nie kończy. Naszego Poniedzielskiego spotykamy, w trakcie pisania sztuki. Pisanie, to za wiele powiedziane, generalnie coś napisze i wyrzuca kartki- taki urok pisania na maszynie. Później pojawiają się wcześniej wspomniane postaci, które z nudów dość mocno komplikują sobie życie. Coś, co uwielbiam, to nawiązanie do faktycznego miejsca gdzie się znajdowaliśmy. Np. w obliczu zagrożenia jedna z par stwierdziła, że ma bilety na "Mamma Mia" i muszą iść. No ja to bym już wolała umrzeć, ale co kto lubi. Wspaniałą sceną było odtworzenie dotychczasowej akcji na szybszych obrotach- ta ich dykcja!!! Mamy nagłe odwrócenie nastrojów naszych bohaterów, i ci, co emanowali smutkiem są teraz wręcz w euforii, jednak czarne chmury zawisły nad parą, której spór początkowo nie dotyczył. Następuje przepiękna scena, która w mojej pamięci zostanie na bardzo długo- Jamie Olivier nagle gaśnie. Nie ma już tych obłąkanych oczu. Nie ma uśmiechu na twarzy. Jest za to smutek i przerażenie. Staje się nieszczęśliwym bohaterem niezauważanym przez (prawie) nikogo.Przepiękny, choć smutny widok. 

Nie zapominajmy również o songach śpiewanych przez Joannę Liszowską- wspaniale napisana postać, która piosenkę znajdzie na każdy temat! Bardzo mi się podobał moment, kiedy wszyscy dołączyli się na koniec do śpiewania. Wiktor Zborowski ze swoim tembrem głosu mikroportu nie potrzebował.

Czasem niestety faktycznie odczuwałam gorszość mojego miejsca- nie które sceny (szczególnie te rozmowy przy stole) były dla mnie jedynie wersją audio. Ale... Czy to ma jakieś znaczenie? Dla mnie nie- jestem w teatrze w Warszawie, i to mnie cieszyło najbardziej. Poza tym warto poznać aktora z każdej strony. Będę iść ulicą, spojrzę na plecy- i już wiem,to Marcin Perchuć.






poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Stanisława Celińska- ATRAMENTOWA

Dziecko Praskiej ulicy, tak można w skrócie o artystce napisać. Kobieta po przejściach i to okrutnych. Sięgnęła dna, ale udało jej się wzbić na wyżyny. Mimo swoich lat jest młoda duchem, uśmiechnięta i otwarta na innych. Wspiera, szanuje, kocha- i to wszystko nam przekazuje wprost ze sceny.

Jakieś 10 lat temu, kiedy byłam zafascynowana starymi polskimi kabaretami usłyszałam utwory "Uśmiechnij się" oraz "Song sprzątaczki"w wykonaniu Stanisławy Celińskiej. Była genialna. Pragnęłam zobaczyć ją na żywo- jeszcze wtedy nie wiedziałam, że po latach odmieni się forma tych spotkań i od kabaretu będzie jednak daleko. Na żywo mogłam podziwiać ją dwa lata temu- było to to marzenie, które podczas realizacji po prostu Cię zawodzi. Pamiętam, że było nudno, długo, wolno- jednak mimo wszystko czułam, że jej kunszt aktorski jest wart kolejnego podejścia do jej występów i tak udało mi się zobaczyć ich jeszcze parę. Chyba teraz dojrzałam do jej twórczości, ponieważ z każdym koncertem czuję, że odbieram go coraz pełniej.

Koncert miał tytuł "Atramentowa"- czyli mamy do czynienia z promocją ostatniej płyty, którą już jakiś czas można otrzymać w sklepach muzycznych. Zwykle mam mieszane uczucia co do tego typu koncertów- często bywają odegraniem płyty na żywo. Na szczęście tutaj było zdecydowanie inaczej. Stanisława Celińska zaśpiewała utwory, które znajdowały się na płycie, lecz okraszała je anegdotami, przemyśleniami bądź opowiadała historię ich powstania. W powiązaniu z nimi, cały koncert był niesamowicie spójny. Zaczęliśmy od piosenek nocnych, mrocznych, smutnych aż po utwory o wschodzącym słońcu i nowym, kolejnym dniu.
Energia, jaką darzyła swoją publiczność, płynęła z jej serca więc jest wręcz niespotykana. Upewniała się, grzecznościowo, czy nie jest nam zimno. Oświadczyła, ze nie pogniewa się jak będziemy wychodzić z tego powodu i jeśli chcielibyśmy ten koncert zakończyć szybciej to mamy mówić. Oczywiste jest to, że nikt o zakończeniu nawet nie śmiał myśleć, ale w niej można było na każdym kroku odczuć troskę o innych. 
Czymże jest piosenkarka bez swojego zespołu. Zdecydowanie grała z największym muzycznym teamem z jakim miałam ją okazję widzieć. Nie ma co ukrywać, od razu słychać tę ilość wspaniałych instrumentów, które idealnie ze sobą współgrały.  Relacje wszystkich artystów były niesamowicie ciepłe. Celińska im czasem matkowała- głaskała po główkach, ciepło się zwracała. Później ruszała w tan i była ich klubową koleżanką. Byłam zdumiona ile energii siedzi w duszy tej "starszej pani".
Były utwory z wspaniałymi tekstami zarówno samej aktorki jak i wielkich pieśniopisarzy- np. Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz czy... Muńka Staszczyka. I to właśnie jego piosenka jest najmocniejszym utworem całego koncertu. Myślę, że brak jest osób, które tej piosenki nie znają. Ciężko przejść obok niej ponieważ płynie prosto z serca- została ona napisana specjalnie dla Celińskiej, której los w pewnym momencie zszedł na nieodpowiednią drogę. Wspaniale wykonana piosenka, mimo, że wszystkim na widowni doskonale znana, powodowała, że łzy nie przestawały płynąć a oklaskom nie było końca. Chociaż o ile łzy są w porządku, oklaski były... za szybko. Nie daliśmy utworowi wybrzmieć do końca. Nie daliśmy go zamknąć. Pomedytować nad słowami przez ułamek sekundy. Myślę, że cisza byłaby tu większym podziękowaniem. Aktorka, mimo, że wcześniej siedziała pewna siebie tutaj widać było, że piosenka, którą wykonywała była dla niej trudnym utworem. Podziwiałam, że odważyła się na jego publiczne wykonanie, bo to zdecydowanie zupełnie coś innego niż piosenka, z której tekstem się utożsamiasz, ale mimo wszystko nie przeżyłaś.

Na bis zagrała utwór "W imię miłości". Dlaczego o tym piszę? Ponieważ rząd za nami siedziała pewna babcia. I ta babcia śpiewała równie głośno co Celińska tekst piosenki. Nieźle, pomyślałam. Odwracam się zatem, aby zobaczyć, i widzę. Pani siwiuteńka, wyprostowana i pochylona w stronę sceny. W ręce trzyma kartkę z wydrukowanym tekstem piosenki i odśpiewuje wręcz jak hymn. Wspaniały widok!

Suplement
Po ostatniej piosence aktorka obiecała pojawić się z boku sceny aby dać autograf na płycie bądź książce lub po prostu- przytulić. Nie wierzyłam- pamiętam, jak w 2007 r. pragnęłam dostać jej autograf po spektaklu Grace i Gloria, jednak brakowało mi odwagi. Byłam ziarenkiem piasku przy tak wielkiej dla mnie postaci, więc odeszłam. Tutaj była na moje wyciągnięcie ręki. Zawsze staram się przepuścić wszystkich zainteresowanych przed sobą, ponieważ na koniec zostaje większa swoboda na wymianę paru zdań. Tak zrobiłam również teraz.
I tak czekam w kolejce, ludzi cała masa. Organizatorzy postarali się i zorganizowali stolik i krzesła również dla osób, które będą do niej podchodzić. Stałam i obserwowałam. To co zobaczyłam, się nie odzobaczy- wszystko zostało zachowane głęboko w sercu. Podchodziły do aktorki osoby w różnym wieku- część z płytą, część po zdjęcie. To dla Kasi, to dla Artura. Każdego aktorka pytała czy to dla niego, czy w prezencie oraz ozdabiała malutkim rysunkiem. W pewnym momencie podeszła dziewczyna- na oko, w moim wieku. Usiadła, przytuliła, i podziękowała. Było to jej wielkie marzenie, które spełniła. Wymieniły ze sobą szeptem parę zdań, biedaczka dalej szlochała-odeszła szczęśliwa tuląc zeszyt do serca. Chwilę później podeszła kolejna kobieta, która podobnie się wzruszyła samym spotkaniem. Nachyliła się i szeptała coś do ucha Artystki. Ona przytakiwała, odpowiadała, trzymała za rękę i przytulała.

Dała wielu osobom to ciepło, którego tak bardzo każdy z nas potrzebuje. Zwykłego chwycenia za rękę, czy przytulenia. To tak nie wielki gest, a zarazem rzecz, której kupić nie można. Kolejny w kolejce był mężczyzna, lat ok. 30. Również szeptem się zwierzył, Ona wręcz go błogosławiła. Jego oczy szkliły się a odchodząc od stolika radość z niego wprost promieniowała. Dosłownie. 
Stałam, patrzyłam, nie dowierzałam! Co tu się wyprawia! A Pani Stanisława, tak zwyczajnie, dzieliła się swoim sercem.

I mnie udało się z nią zamienić parę zdań. Ledwo wypowiadałam cokolwiek bo i mnie oczy zachodziły łzami. Nie sądziłam, że kiedykolwiek znajdę się tak blisko tej wielkiej aktorki. Uścisnęła mnie za rękę. Rozmawiałyśmy o  wcześniej wspomnianym spektaklu- otrzymałam informację, że będzie to przedstawienie w Teatrze Telewizji. Co prawda nie lubię tej formy przedstawień, ale to z przyjemnością obejrzę. Tym razem będzie on miał dla mnie o wiele większą wartość.


To już kolejna impreza na Tarasach przy parku wodnym w Sopocie, którą odwiedziłam. Wcześniej omijałam to miejsce szerokim łukiem- siedzenie na wydarzeniu i marznięcie nie było moim spełnieniem marzeń. Nie mniej jednak ostatnio wymiatają, jeśli chodzi o dobór repertuaru- więc biorę koc i oglądam :)





środa, 17 sierpnia 2016

Recenzja płyty KORTEZ, Bumerang

Dobrze dobrane utwory na płytę potrafią przenieść mnie hen, hen daleko tworząc w mojej głowie wspaniały spektakl. I to spektakl dosłownie jedyny w swoim rodzaju, ponieważ przy każdej jej odłuchu potrafię widzieć raz radosne,raz smutne obrazy. Taką właśnie płytą jest Bumerang. Składa się na nią 10 utworów starannie dobranych- nie jest tajemnicą, że początkowo miały się na albumie znaleźć inne utwory, które ostatecznie od niego zostały odsunięte, ze względu na brak harmonii z pozostałymi kompozycjami. 

Cała płyta utrzymana w ciepłych barwach muzyki, które brzmią niesamowicie plastycznie wraz z przyjemnym wokalem. W utworach każdy dźwięk i instrument są dokładnie dobrane tak, by cały utwór wręcz przenikał przez umysł i dawał się pochłonąć całościowo. Nie słuchamy tu tekstu, nie oceniamy głosu, nie ważne są instrumenty. Całość harmonijnie wybrzmiewa i pewnie dlatego tak mocno w nasz umysł bo trafia w każdy jego zakątek.

Dowodem na to, że album nie powstał naprędce jest dodatek pt."Szkice". Możemy usłyszeć tam początkowy zarys każdej z piosenek,które często różnią się ogromnie. Wyjątkowo Kortez w ostatecznej odejmował instrumenty, zamiast je dodawać, jak czyni to większość artystów- a mimo tego minimalizmu mamy do czynienia z pełnym brzmieniem.

Co mnie skłoniło do napisania tego tekstu? Przypadkowo trafiłam na komentarze pod utworami z tej płyty odnośnie tekstu piosenki "z imbirem". To, na jak wiele stron można wytłumaczyć ten tekst pokazuje ich kolejną głębię. To dlatego możemy słuchając piosenki w szary melancholijny wieczór po rozstaniu z ex i widzieć, wiele alegorii do swojego życia- ale w tym samym utworze na drugi dzień, zaraz po spotkaniu z grupą przyjaciółek, zauważamy w nim światełko w tunelu i bijące ciepło, lekko przeplatające się z optymizmem. Bardzo mnie cieszy, że każdą piosenkę da się tak właśnie przyjąć, płyta dzięki temu leci w moim odtwarzaczu prawie bez przerwy od paru miesięcy- i wciąż się nie znudziła. Normalnie po tygodniu mamy dość, a jeden utwór do dziś utrzymuje mnie w stanie przerażenia i wywołuje ciarki kiedy go słyszę. 

Tak więc o czym są piosenki?
O miłości? Życiu? Szczęściu? Smutku? 
Chyba są o tym, o czym chcemy usłyszeć.

wtorek, 16 sierpnia 2016

BYĆ JAK CHARLIE CHAPLIN, P.Wyszomirski

SPEKTAKL: 8/10
REŻYSERIA: 8/10

Komu polecam?
Osobom nie przekonanym do monodramów oraz tym, którzy lubią podziwiać aktorów przy nowych teatralnych wyzwaniach.

Nie lubię monodramów. Są one trochę jak loteria- nie zrozumiesz tematu, nie spodoba Ci się aktor bądź scenografia- i trwasz do końca, a wychodząc obiecujesz sobie, że już nigdy więcej nie pójdziesz na tego typu sztukę.
Nie ukrywam, że ze sporą obawą wybrałam się na to przedstawienie, ale i z równie wielka ciekawością- na scenie można było zobaczyć Mateusza Deskiewicza, którego  znamy z Gdyńskie Teatru Muzycznego, lecz bardziej z ról drugoplanowych. Tak więc aktor muzycznego solo- trzeba zobaczyć! Ważny jest również reżyser- Piotr Wyszomirski- na co dzień raczej kojarzony z Gazetą Świętojańską, jednak dał się już mi poznać z innej strony przy okazji spektaklu "This is not a love song"- który był genialny.

Streszczanie monodramów nie ma za bardzo sensu- trzeba je zobaczyć i zinterpretować po swojemu. Tutaj jest szerokie pole do popisu.
Sztuka, wbrew pozorom, nie opowiada nam wprost życia Chaplina. Właściwie, jego życie jest tylko delikatnym tłem do opowieści aktora, który przygotowuje się do swojej roli. Szalenie podobało mi się podkreślenie czasu w którym spotykamy naszego bohatera- wymienił wiele obecnych afer i tematów kontrowersyjnych. Tak... Witamy w 21.wieku. 

Piosenki- prawdę powiedziawszy artyści szli jakimś bliżej nieokreślonym kluczem, ponieważ piosenki są z różnych lat, czy gatunków. Tak czy inaczej musical jest moją ulubioną formą spektaklu więc piosenki są dla mnie bardzo ważną częścią spektaklu. Usłyszeć mogliśmy:
Dziwna okolica (org. Marek Dyjak)- uwielbiam, kiedy znane piosnki w teatrze nie są rozpoznawalne, jak w "Jaka to melodia" po pierwszej nutce. Tutaj do refrenu nie byłam pewna, czy to na pewno ta piosenka! Brawo
Ty ich baw (Deszczowa Piosenka)- tłumaczenie pochodziło chyba z teatru muzycznego ROMA. Tam kojarzę ten tytuł w wykonaniu Jana Bzdawki, który pomimo sceny wypełnionej innymi aktorami i olbrzymią scenografią nie porywał tak jak Mateusz- brawo!
Wąsik ach ten wąsik (Ludwig Sempoliński)- to wykonanie mogliśmy usłyszeć na koncercie "Śpiewający aktorzy". Ewidentnie tutaj mógł dać swój popis aktorskiego kunsztu. Mimika, ruchy, śpiew- bardziej dopracowane być nie mogły.

Spektakl kończył,a właściwie podsumował, krótki groteskowy film, pokazujący "jak kończą aktorzy"- cała wykonana przez nich praca musi się przede wszystkim przełożyć na chleb.

Aktor radził sobie na scenie zaskakująco dobrze- pamiętać należy, że zazwyczaj gra na o wiele większych scenach, już nie mówiąc o towarzystwie współaktorów na niej. Nie było tutaj mowy nawet o najmniejszej pomyłce, potknięciu, zapomnieniu tekstu. Wszystko pięknie wyartykułowane, każdy gest wyważony. Mimika twarzy wprost genialna! No i jedno ważne spostrzeżenie- uznałam, że trochę żenujący jest fakt, iż mężczyzna sprawniej wykonuje makijaż. Musze postawić zdjęcie Charliego przy lustrze- może pomoże :)

Po obejrzeniu monodramu była przeprowadzona dyskusja na jego temat z udziałem aktora i reżysera przedstawienia, poprowadzona przez Wiesława Gerasa i Marię Bohdziewicz. Dyskusja naprawdę ciekawa, świetnie poprowadzona- każdy miał wiele do powiedzenia, padały ciekawe spostrzeżenia a pytania były kierowane do twórców przez publiczność- ale również i ona była wyrwana do odpowiedzi. Bardzo miło było się temu przysłuchiwać, uważam, że takie dyskusje powinny być przeprowadzane przy okazji każdego spektaklu. Zdecydowanie otwiera oczy, można dopytać o rzeczy, które były nie jasne oraz posłuchać (moje ulubione) wszelkich anegdot odnośnie danego utworu.

To było moje pierwsze spotkanie z Monoteatrem, ale zdecydowanie nie ostatnie. Już czekam na kolejne przedstawienie!


link do strony fundacji, z której zapożyczyłam zdjęcia ;)

sobota, 13 sierpnia 2016

KASZANA ZDALNIE STEROWANA, J. Satanowski, P.Bukartyk

SPEKTAKL: 8/10
REŻYSERIA: 8/10

Komu polecam?
Wielbicielom piosenek Bukartyka, choć i osoby, które go nie rozumieją znajdą tu dla siebie wiele. Nie zapominajmy o reżyserze- kto miał z nim styczność, nie zawiedzie się.

Uwielbiam moment kiedy wracam sama samochodem- wracam przeważnie dłuższą trasą, jadę wolniej- to wszystko w towarzystwie jedynie dźwięków silnika. Tylko ja i cisza, którą zakłócają dźwięki pozostałe w mojej głowie- to dźwięki teatru, o które będę dbać, aby nie opuściły mnie do końca dzisiejszego dnia. Kładąc głowę na poduszce dalej będą mi dźwięczeć, a ja będę jeszcze szczęśliwsza. Kocham ten stan- tego szumu w uszach i żołądka przepełnionego sztuką i emocjami.

Wszystko jest takie ulotne. Wrócę do domu, zapalę światło i wszystko zniknie rozproszone przez inne bodźce.

Ale od początku. 
Spektakl na podstawie piosenek Piotra Bukartyka. Znam, lubię, bardzo często słucham. Jadąc do teatru zastanawiałam się, jakie piosenki wybiorą. Doświadczenie nabyte na spektaklach typu "oparte na piosenkach tego i tego" nauczyło mnie, że reżyserowie w głównej mierze idą na łatwiznę i wybierają szlagiery. Publiczność zna, dobrze się bawi, a recenzenci wrzucają świetne opinie. Całe szczęście Jerzy Satanowski (reżyser) nie zawiódł i właściwie nasze listy praktycznie się nie pokryły.

Jeśli chodzi o interpretację piosenek powiem szczerze- nie powalało. Aktorzy śpiewali genialnie w niektórych utworach i zaraz do tego przejdę- jednak z tej części chciałabym się wytłumaczyć. Piotr Bukartyk swoje piosenki śpiewa w swój jedyny i niepowtarzalny sposób. Ktokolwiek śpiewa jego piosenkę robi to już inaczej na tyle- że czasem nie sposób się domyślić, że to ten sam utwór. Tu mamy dokładnie do czynienia z tym samym- nie wiem, co należałoby zrobić, aby powaliło na kolana.

Dodatkowo, co w pierwszym momencie zasmuciło mnie ogromnie, zabrakło na scenie Artura Barcisia. Od tygodni czekałam, by móc go na tej scenie zobaczyć a tu taka niespodzianka...
Nie ma tego złego, ostatecznie jego rolę przejął Jan Janga Tomaszewski, którego na scenie też wielbię, więc reklamacji składać nie będę.

Słuchając kolejnych to pieśni doszłam do wniosku, że autor ma bardzo "winny" repertuar. Spokojnie z samych piosenek o winie można by utkać spektakl. No i koniecznie z Krystyną Tkacz.

Kaszana zdalnie sterowana- piosenka otwierająca spektakl. Po woli na scenie pojawia się coraz więcej aktorów dążąc do kompletu. A ja czekam. Gdzie ten, na którego czekam...Barcisia nie ma :(

Miś song- ogromne zaskoczenie. Solowe wykonanie Katarzyny Żak, za którą na scenie nie przepadałam. Tak- czas przeszły, polubiłam ją w tej interpretacji. Delikatna ale i silna. Naprawdę ładnie wykonane.

Durna miłość- do tej piosenki mam słabość. W każdej interpretacji jest genialna. Idzie ze mną przez całe dorosłe życie odkrywając coraz różniejsze interpretacje. Wzruszają mnie w niej delikatnie dobrane słowa i w tym wypadku równie delikatna interpretacja. Piękna muzyka, wspaniały timing przy refrenie- majstersztyk. Ale może to kwestia mojej durnej miłości do tego utworu

Ryby swąd- piosenkę po raz pierwszy słyszałam. Idealnie trafiona w miejsce- klimat wakacji, plaży, słońca(no.. tu słabo trafili w tym roku). Ale przeszukałam pół internetu i nigdzie nie widzę tekstu tego utworu.

Nie wierzę Wierze- super energia, która udzieliła się ciutkę publiczności. Bardzo lubię to w spektaklach Satanowskiego, który tworzy piosenki narastająco- czyli najpierw mamy dwóch aktorów i z każdą zwrotką/refrenem mamy ich coraz więcej- aż na koniec wszystko eksploduje.

Nie mówię kto- pomijając samą treść utworu, który powinien każdy wziąć sobie do serca, chciałabym się pochylić nad interpretacją Tomaszewskiego. Klasyczna symbolika- starszy pan na scenie, który sprzedaje nam jakąś mądrość. W zestawieniu z poprzednią piosenką pełną energii mamy tu totalny kontrast. Jedna osoba na scenie, bardzo statyczna- minimum ruchów. Tu nic więcej poza słowami nie trzeba. Bardzo podobało mi się to wykonanie- brawo Panowie!

Przygoda z Karłem- tak jakoś mi nie przypadło to wykonanie do gustu. Czegoś mi w niej zabrakło- wydaje mi się, że była jednak zbyt mocno przerysowana.

Odrobinka winka- z takim urokiem zaśpiewana piosenka przez Krystynę Tkacz, która podawała przepis na chandrę. Nie można opisać, trzeba usłyszeć.
 Utwór słyszałam też po raz pierwszy, skojarzyło mi się to z przepisem na ciasto podawanym przez A.Andrusa, które opierało się głównie na whisky dobrej jakości. Tu bardziej bogato- baardzo dużo składników było nam potrzebne

Wino proste- Katarzyna Żak wcieliła się  w nauczycielkę, która doskonale wyłożyła jakie powinno być wino i jak je najlepiej spożywać. Z każdą chwilą mamy coraz więcej "doradców" na scenie. 

Sznurek- wspaniała inscenizacja! Oglądałam i uśmiech nie schodził mi z twarzy. Aż zaczęłam żałować, że nie sprawdzałam, czy za moją szkołą jakieś zielsko nie rośnie- tak przyjemnie się na nich patrzyło! Jan Tomaszewski który przebiega w ostatniej zwrotce z zielskiem na sobie- genialny!!!
Jak legenda miejska głosi, piosenka ta była inspirowana wypowiedzią byłego premiera odnośnie palenia w młodości konopii.

Małgocha- czy jest na świecie ktoś, kto nie zna tego utworu? Ja znam bardzo dobrze- i ta interpretacja ścięła mnie z nóg- całe szczęście siedziałam. Dlaczego, Pani Dorota nie nagrała płyty z piosenkami Bukartyka w swojej interpretacji?! To niesamowite co ona zrobiła na tej scenie wyłącznie siedząc w czerwonej bluzie. Miałam ciarki na twarzy... Jak często Wam się to zdarza? No właśnie... to jest najlepszy wskaźnik mocy tej interpretacji.
Miała podwójnie trudne zadanie- trzeba pamiętać, że ciężko jest zatrzymać rozpędzony pociąg. Publiczność świetnie się bawiła ale po pierwszym wersie była już pogrążona w zadumie. Brawo!!!

???- Nie wiem jaki tytuł ma ten utwór, zarówno mi jaki internetowi jest póki co obcy. Na krzesłach siedzi dwóch gitarzystów, z czego jeden prawdziwy ;) Pięknie lekko zafałszowana piosenka. Pełna smutku i melancholii, co prawda, jedynie w duszy gitarzysty śpiewającego, piosenka, której największą fanką jest mamusia wykonawcy. Nawet jego gra jest dla niej najpiękniejsza.

Anonimowa żółta rączka- tu mi trochę zabrakło pomysłu.

W życiu liczy się porządek- Dorota jako wykładowca przypominający o tym,żeby kapcie odwieszać na wieszaczek z muchomorkiem- mój mistrz! 

Czuję, że umrę- Bardzo dobrze zaśpiewana piosenka przez Arkadiusza Brykalskiego. Pełna skupienia, spokoju, mimo szybkiego tempa.

Kruchy jest człowiek- zaraz po tym, jak Arkadiusz w barze padł- Krystyna Tkacz opowiada swoje barowe historie. Każde jej wejście na scenę jest tak idealnie w punkt, że aż ciężko

Taki tam grzech- Śpiewała Dorota osińska. Cisza mówi wszystko.

Serce na patyku- kiedyś myślałam o tej piosence na scenie. W mojej wizji powinno wykonywać ją dwóch mężczyzn, więc niestety, ta wersja do mnie nie przemówiła. Za to podziwiam zawsze aktorów, którzy na scenie gwiżdżą.

Na twarz- kolejna piosenka mędrca.

???- Katarzynka Żak w cekinowej sukience śpiewa piosenkę w kabaretowym stylu- naucza nas, ze moda jest lekiem na wszystko.

Piosenka o tęczy- bardzo przyjemna aranżacja piosenki- to była moja pierwsza myśl. Kolejna, ze to chyba już koniec. Artyści wszyscy na scenie, piosenka wesoła. Chyba time to say goodbye.

Pryszcz na nosie- początkowo zaśpiewana humorystycznie- w refrenie ton został zmieniony w poważniejszy i bardziej dostojny. Piękny utwór, narastający, dający do myślenia. Wspaniale wyciszająca na sam koniec. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to ona zamknęła spektakl i z tym tekstem w głowie wyszłabym z teatru

Trzeba mieć ambicję- no gdyby tej piosenki nie było- to już by zakrawało o przestępstwo- na szczęście została odłożona na finał. I bardzo fajnie- ponieważ w ramach bisu mogliśmy usłyszeć ją dwa razy. Piosenka w typie "róbmy swoje", czyli każdy po jakimś wersie od siebie podrzuci i mamy piosenkę. 
Jedno,malutkie zastrzeżenie. Fajnie by było, gdyby na bisie już wyluzowali z interpretacją. Wtedy nie odnosi się wrażenia, że po raz kolejny odtworzyliśmy tę samą piosenkę. Ale, trochę się czepiam.





Koniec. Jak to mówił, w spektaklu "Nie dorosłem do swych lat" wcześniej już wspomniany Artur Andrus- "jeśli spektakl jest werymacz, przejdzie po scenie Krystyna Tkacz. Przeszła, było wspaniale!



________________________________________
Słów kilka o teatrze. Po raz kolejny zdarzyła mi się bardzo niemiła sytuacja. Kupuję bilety ze sporym wyprzedzeniem (jak to w teatrze). Mam pierwszy rząd, sam środek- idealnie! Nie będzie mi nikt zasłaniał. Spadają też szanse na rozmowy czy jedzenie przez kogoś cukierków- jakoś w pierwszych rzędach ludzie bardziej czują, że "nie wypada". Wchodzimy na salę a tam... rząd "0"! Dostawiony tuż przed moim. Na tej samej wysokości, więc okazuje się, że każdy rząd jest lepszy niż mój, ponieważ jest spad na widowni. I siedziałam wiercąc się i wchodząc w pole widzenia moich sąsiadów, którzy mieli to szczęście, że siedziały przed nimi niższe osoby. Ja nie widziałam dosłownie nic. Musiałam czasem się więc bardziej skupić w którą lukę między ludźmi powinnam teraz zerknąć, aby dobrze widzieć. I prawdę powiedziawszy uważam, ze te miejsca powinny być sprzedawane jako gorszej kategorii

zdjęcia pochodzą z portalu: trojmiasto.pl

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Kabaret SMILE

Sobotni poranek- zero planów. Wakacje. Wszyscy wyjechali... Teatry w wakacje zamknięte. Nuda...Właśnie z powodu udało mi się stać szczęśliwą posiadaczką biletu na kabaret Smile.

Kabaret ten działa już wiele wiele lat na naszych scenach- w mojej opinii są w ścisłej czołówce. Pamiętam, gdy odkryłam ich na bodajże pierwszej Sopockiej Nocy Kabaretowej- śpiewali piosenkę o pierogach, byli moimi mistrzami! Kabaret i jedzenie- dwie najważniejsze rzeczy w życiu. Jednak wtedy był nieodpowiedni czas na naszą miłość- wszak byłam największą fanką innego kabaretu. 
W między czasie słynny kierowca Tira, Pan Stanisław, podróżował z nami w Nissanie Micra, w 5-osobowej ekipie, do Paryża. Nie pozwolił nam zasnąć, pomógł wrócić do domu, a i znaki na Kostrzyń mijaliśmy z wielkim uśmiechem. Później bardzo pozytywnie zwrócili na mnie swoją uwagę zbierając pieniądze na farbę, aby wymalować pewien ośrodek (mogę już źle pamiętać, ale cel był szczytny). Dziś, kiedy moja miłość jest bardziej podzielna, bez żadnego poczucia zdrady zasiadłam w 3 rzędzie i obserwowałam ich występ.

Mam wrażenie, że pierwszy skecz jest zawsze najtrudniejszy. Publiczność nie jest jeszcze rozgrzana, jest trochę skrępowana, właściwie to nie ma zamiaru zbytnio ujawniać się ze swoimi emocjami. Przez jakieś 10 sekund. Kabaret startuje od razu na pełnych obrotach, powodując, że wszelkie kremy przeciwzmarszczkowe w tej chwili zdają się na nic. Chłopaki mają nas już w garści- i nie odpuszczają. Wystartowali z wysokiego progu, ale nie lecieli wraz z kolejnymi skeczami w dół, niczym Adam Małysz na skoczni (czy młode pokolenie wie kim on jest?!). Każdy skecz był perłą. Widać, że program był przygotowany z głową, i był spójny. Bardzo mi się podobało to, że wiele skeczy było nieznane- właściwie prawie wszystkie. Mimo, że skecz typu "Merlin" bawi nawet obejrzany po raz setny tak samo- fajnie obejrzeć coś po raz pierwszy na żywo. Tak wiecie- z dumą po roku oglądasz ten skecz i mówisz:"taaa...ja już to widziałam w Sopocie. Słabe". 

Ci, co mnie znają, że dla mnie najciekawsze rzeczy są po spektaklu. Na scenie możemy podziwiać aktora w kreowanej przez siebie roli. Gdy zejdą do publiczności możemy poznać ich prawdziwą twarz. Byli naprawdę cierpliwi- to pierwsze, co ciśnie mi się na usta myśląc o tym skupisku ludzi przekrzykujących się w ich kierunku.Oczywiście pamiątkowe zdjęcie zrobiłam sobie i ja- i te parę wyrazów wymienionych z Panam ze Smile'a zachowam w sercu na zawsze. 

Mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia!

czwartek, 4 sierpnia 2016

PRAPREMIERA DRESZCZOWCA- Och Teatr 07/03/2015 r. Henry Lewis, Jonathan Sayer, Henry Shields

SPEKTAKL: 10/10
REŻYSERIA: 10/10
SCENOGRAFIA: 8/10

Komu polecam?
Zmęczonym szarością dnia. Spójrzcie- mogło być gorzej- nie musicie wystawiać szkolnego przedstawienia!

No i po raz kolejny odwiedziłam Och teatr, i po raz kolejny się za ochowałam. Zastanawiam się, na jakiej zasadzie oni zatrudniają aktorów, bo poza teatrem montownia który na stałe z ochem/polonią współpracuje, znów same nowe twarze. No ale nic to, chodzi o spektakl.

Znajdujemy się na sali, gdzie za chwilę ma zostać wystawione przedstawienie przez grono pedagogiczne oraz uczniów Politechniki (myślę, że Warszawskiej). Poznajemy różnych profesorów i panie z dziekanatu. Już na samym początku okazuje się, że drzwi, które są na jednym z ważniejszych elementów scenografii nie otwierają się prawidłowo i mimo naprawy trzeba sobie radzić bez nich. Gdy drzwi miały swój udział w scenie aktorzy- amatorzy pukali w nie, po czym przechodzili na około scenografii, czekali na słowo "proszę" i udawali, że przechodzę przez drzwi. Wystawiony spektakl zaczyna się dość dramatycznie, ponieważ widzimy scenę śmierci jednego z bohaterów. Skąd wiemy, że to scena dramatyczna? Aby było to oczywiste dla wszystkich zostały zastosowane wszystkie formy przekazu, i w momencie gdy padało jakieś zakakująco-odkrywcze zdanie światła z reflektorów zmieniały swoją ciepłą barwę oświetlenia na krwawy czerwony. Gdyby ktoś w połączeniu słów i świateł się jeszcze nie zorientował w powadze sytuacji, akustyk dokładał jeszcze do tego dźwięk akustyczny, by na wszelki wypadek komuś ten szczegół nie umknął. Zdarzało się to oczywiście częściej niż powinno, momentami nie w tych momentach co trzeba, lub się nie pojawiały ku zdziwieniu aktorów i uciesze publiczności.

Umierająca postać- amator nie była w stanie spokojnie leżeć (ponoć trupów gra się najtrudniej i mamy tu potwierdzenie). Niestety, pan profesor miał katar i raz na jakiś czas kichał. Czasem się podrapał. No niestety, widocznie politechnika nie za sponsorowała pełnego zestawu warsztatów aktorskich. Na szczęście zawsze można liczyć na panią z dziekanatu, która mimo akcji potrafiła zupełnie niepostrzeżenie podrzucić chusteczkę i tylko wprawne oko widza potrafiło to dostrzec.
Na śledztwo w/s morderstwa przyjeżdża detektyw w bardzo śnieżną pogodę- wiemy to oczywiście dzięki pani z dziekanatu która posypywała scenę i odrobinę publiczności sztucznym śniegiem.
Detektyw chcąc wejść do pokoju denata, który znajduje się na piętrze przypadkowo niszczy scenografię, która dosłownie się zawala. Schody prowadzące na górę jednak zostają nie naruszone, więc pracownikowi nic się nie dzieje i postanawia dalej prowadzić śledztwo. Ma utrudnioną sprawę, ponieważ musi wejść schodami na górę do jego pracowni, po czym zeskoczyć ( później przystawia sobie drabinę) na dół, do pokoju którego szukał. Wygląda to przezabawnie, kiedy on tak lata góra-dół udając, że nic się nie stało i scenografia sprawuje się bez zarzutów. W kolejnych scenach schody też się psują- składają się tworząc zjeżdżalnie.

W trakcie prowadzenia śledztwa ktoś przypadkowo zabiera ze sceny klucze (chyba one były pierwsze..). Okazuje się, że to kluczowy rekwizyt. Poniewaz nie mamy odczynienia z profesjonalnymi aktorami, tylko osobami o grze aktorskiej na poziomie góra starszaków w przedszkolu, scena się sypie. Każdy kurczowo się trzyma swojej kwestii. W końcu pada zdanie "wezmę te klucze i idę po kogośtam"- okazuje się, że kluczy nie ma. Bierze zatem długopis należący do detektywa. Kolejna osoba przychodzi po długopis- zabiera notatnik. Detektyw przychodząc po notatnik nie zauważa go, bierze więc wazon i to na nim później spisuje zeznania świadków.
Młoda doktorantka  w zeznaniach myli kwestie- odpowiada na pytania, które nie zdążyło paść i padało jako następne po uzyskanej już wcześniej odpowiedzi. Aktorka traci przytomność i zastępuje ją pani z dziekanatu.Tekstu nie zna, ale marzyła o tej roli. Zakłada niedopinającą się sukienkę na siebie (swoją drogą baaardzo mi się podobała ta sukienka..) i z kartkami scenariusza odgrywa rolę.
W pewnym momencie  kwestie się zapętlają i dochodzi do ponownego wypowiadania kwestii. Aktorzy przy trzecim powtórzeniu orientują się, że coś nie gra i mówiąc po woli i wyraźnie kwestię próbują znaleźć błąd,który nie pozwala im przejść dalej. Kiedy już mamy nadzieję, że wreszcie pójdzie dalej, powtarzają wszystko znowu.



W początkowej scenie została rozdana whisky (czy jakiś inny trunek), niestety to jest teatr, więc nie była prawdziwa. Zastąpił ją z godnością płyn do mycia naczyń w niebieskim kolorze. Część aktorów się zorientowała i udała że pije, inni zaangażowani w grę aktorską nie zwrócili na to uwagi. I tu ponownie czuwała pani z dziekanatu, która dzielnie podbiegała z wiaderkiem.
Doktorantka czuje się już lepiej i mimo braku sukienki wychodzi na scenę by kontynuować kreację swojej postaci. Pani z dziekanatu nie jest zbyt zadowolona i w ramach buntu wpada w histerię i zdradza publiczności zakończenie spektaklu, wyjawia że profesor, który grał trupa jest teraz inną postacią (oczywiście nikt z publiczności by tego nie wiedział).

Oczywiście w spektaklu nie obyło się bez pomyłek tekstu, czytania kwestii z ręki czy stania i panikowania bo się nie pamięta co kto miał mówić.

Scenografii prawie nie było, poza wspomnianymi schodami/zjeżdżalnią na piętro oraz piętrem które skończyło jako parter oraz sofy.

Zawsze żałuje, że na komedie nie można iść po raz drugi. Nie będzie już tych samych elementów zaskoczenia fabułą czy grą aktorską. Zwroty akcji już nie będą tak nieprzewidywalne a i samo tempo akcji na tym traci. No cóż... To chyba jedyny minus spektaklu, więc chyba nie jest źle.
Zastanawia mnie tylko czemu my zawsze mamy tłumaczenia z kosmosu. Po angielsku- tytuł nawiązujący do fabuły spektaklu: "The Play That Goes Wrong" u nas kolejny wirujący seks z tego stworzyli. WHY!!!?

Oficjalne informacje o spektaklu
Zdjęcia pochodzą ze strony teatru.